Nowy numer 49/2020 Archiwum

Kwiotek Pana Jezusa

Choć nie jest kanonizowana i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie, ludzie w Rybniku-Niedobczycach wiedzą swoje: między nimi przez 64 lata mieszkała święta.

Nie narzekać

Wydarzeń związanych z Anką, których otoczenie nie umiało wyjaśnić, było mnóstwo. Przyjaciele wynosili ją czasem z mieszkania i wozili do Pszowa, Krakowa, Częstochowy. Leżała wtedy na noszach ułożonych na podłodze samochodu. Zygmunt Gajda jechał z nią kiedyś furgonetką. – Gdy samochód przejeżdżał obok kościoła, myśmy to widzieli, bo okna były na wysokości naszych oczu, natomiast ona patrzyła na blachy. A mimo to ona nam mówi: „przejeżdżamy koło kościoła!”. Nam włosy stanęły na głowie: jak człowiek, który otoczony jest blachą, wie, że obok kościoła przejeżdża? – pyta w filmie.

Anka mówiła, że nie chce rozgłosu i ludzkiego podziwu. Powtarzała, że woli zbierać kwiaty, które nie więdną. Były nimi modlitwy i Msze Święte, które zamawiała za różnych ludzi. Nigdy nie narzekała. I nigdy nie modliła się o własne zdrowie, tylko o wytrwanie – tak jakby przyjęcie cierpienia było jej dobrowolną ofiarą. – Widziałem, jak choroba nieraz przygniata, wydrąża nadzieję, człowiek się męczy z tym cierpieniem. A u niej to było zupełnie coś innego! – wspomina w filmie arcybiskup senior Damian Zimoń, też rodem z Niedobczyc.

Miała na ciele dziwne rany, które ukrywała przed gośćmi. Widywali je tylko lekarz, pielęgniarze i kilkoro najbliższych przyjaciół. Jedna z ran ciągnęła się od prawego łokcia do nadgarstka. – Kiedy odwiedzaliśmy ją w Wielki Post, a zwłaszcza w Wielki Tydzień, ten łokieć wyglądał strasznie, był napuchnięty i przesiąknięty krwią. Raz na ten widok się rozpłakałem – wspomina Antoni Polok, który do dzisiaj uważa Ankę za swoją drugą mamę. – Ona do mnie: „Czego płaczesz?”. Ja: „Bo cierpisz”. A Anka: „Pon Jezus tak cierpioł na krzyżu, a jo bych nie umiała tego znieść?” – wspomina.

Co ciekawe, gdy Wielki Tydzień dobiegał końca, łokieć Anki zaczynał się goić. – Kiedy odwiedzałem ją w śmigus-dyngus, ta rana już zasychała – mówi Antoni.

Anka miała też rany na plecach. Zdawało się, że chodzi o odleżyny, ale choć przez kilkadziesiąt lat nie leżała już na plecach, nie dało się ich wyleczyć. Rufin Pytlik, były listonosz, mówi w filmie, że na plecach Anki było pięć ran. – Ja to widziałem, mogę przysiąc – stwierdza.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama