GN 24/2018 Archiwum

Kwiotek Pana Jezusa

Choć nie jest kanonizowana i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie, ludzie w Rybniku-Niedobczycach wiedzą swoje: między nimi przez 64 lata mieszkała święta.

Zmarła nie tak dawno, bo w 1981 roku. Anka Kwiotek była kobietą niezwykle radosną i skłonną do żartów. I to pomimo że była przykuta do łóżka przez 53 lata, 8 miesięcy i 12 dni.

Choć strasznie cierpiała, przyjmowała mnóstwo gości. A ci – dziwna rzecz – wychodzili z jej mieszkania radośni, z przywróconą siłą do życia. Wielu czuło, że rozmawia ze świętą.

W setną rocznicę urodzin Anki Kwiotek troje mieszkańców Niedobczyc nakręciło o niej film pt. „Paszport do nieba”. Parafia wydała go na płycie i dołączyła do swojego pisma „Serce”.

Ale ksiądz pyszny

Anka urodziła się w 1917 roku. Miała zaledwie 10 lat, kiedy zachorowała. Lekarz w szpitalu w Rydułtowach orzekł, że to gruźlica kości, ale chyba się pomylił: objawy, a przynajmniej ich część, wskazują raczej na chorobę Heinego-Medina. Kobieta nie miała władzy w nogach i nad prawą ręką. Przez kilkadziesiąt lat leżała na brzuchu ze względu na odleżyny na plecach.

Mimo to była energiczna i przedsiębiorcza. Leżąc na brzuchu, szyła i haftowała lewą ręką. Sama gotowała obiady na elektrycznym grzejniku (garnki trzymała w zasięgu ręki pod łóżkiem). Dzbankiem przywiązanym do patyka podlewała kwiaty, w tym doniczki z mirtem, który hodowała dla dzieci pierwszokomunijnych. A gdy podsuwała pod okno patyk z lusterkiem, widziała, kto idzie ulicą pod jej domem... Z czasem ktoś z przyjaciół zamontował jej przy oknie większe lustro na stałe.

Ks. Hubert Wieczorke, emerytowany proboszcz z Niedobczyc, wspomina w filmie, że gdy szło się pod jej oknem, trzeba było zatrzymać się i ukłonić. – Kiedy na następny dzień przychodziło się z Komunią św., mówiła: „Ksiądz się pokłonił, dziękuję za pozdrowienia!” Albo też mówiła: „Ale ksiądz pyszny! Ani się nie pokłonił i nie pozdrowił Anki!”. Ale mówiła to z uśmiechem, z żartem – mówi.

Księża odwiedzali Ankę często, bo ona codziennie przyjmowała Komunię Świętą.

Grożenie warzechą

Antoni Polok z Radlina-Głożyn, syn Amalii, serdecznej przyjaciółki Anki Kwiotek, zapamiętał, że gdy Ankę za bardzo chwalił, kobieta wyciągała warzechę i zabawnie mu nią groziła.

Ta sama warzecha lub kij służyły zresztą Ance do wspierania się – w celu uniknięcia kolejnych odleżyn na brzuchu. – Przy pożegnaniu, nawet kiedy już byłem studentem, Anka mówiła: „Pódź urwis, se cie tak przytula” – i przytulała mnie swoją zdrową, lewą ręką – wspomina Antoni Polok.

Chciała, żeby mówiono jej „Anka”, a nie „Anna”. Zorganizowała grupę ludzi, którzy płacili na edukację księży sercanów w Stadnikach pod Krakowem. Pięciu z nich swoje prymicje odprawiło w jej pokoju... Uważała ich za swoich synów.

Msze św. w jej pokoju były też odprawiane w jej urodziny i rocznicę „zalegnięcia”. Ks. Andrzej Suchoń, przyjaciel Anki, dziś proboszcz parafii mariackiej w Katowicach, wspomina w filmie, jak wielkie wrażenie zrobiła na nim informacja, że płótna, które były wtedy kładzione jako obrusy na ołtarzu, są... prześcieradłami, na których później Anka leży. Na poduszce obok niej zawsze spoczywał też duży drewniany krzyż.

Ludzie podają przykłady świadczące o tym, że ta sparaliżowana kobieta wiedziała o wielu faktach, które miały dopiero wydarzyć się w przyszłości. Zmartwionego listonosza Rufina Pytlika, który dostał już bilet do wojska i następnego dnia miał jechać do jednostki, przekonywała, że do armii jednak nie pójdzie. I tak się stało – ku powszechnemu zdumieniu. Przewidziała śmierć swojego ojca, który dzięki temu zmarł zaopatrzony świętymi sakramentami, i wiele innych zdarzeń.

W gronie przyjaciół Anki, które finansowało naukę kleryków, była Franciszka Szkatuła z Głożyn (dziś to dzielnica Radlina). Zmarła ona w 1974 roku. Kilka minut po jej śmierci mama Antka Poloka posłała go do Anki z wieścią o tym, co się stało. Autobus do Niedobczyc podjechał już za kwadrans, więc chłopak zjawił się na miejscu błyskawicznie. – Wchodzę, żeby przekazać wiadomość, a to sama Anka przywitała mnie słowami: „Franciszka Szkatuła umrzyła”. Uprzedziła mnie... Akurat siedziała tam sąsiadka, więc zdumiony pytam: „Pani Małgosiu, był tu przede mną ktoś z Radlina?”. A ona: „Nie było, jo sam siedza od pótorej godziny”. Po chwili Anka wyciągnęła zeszyt, w którym notowała sobie Msze, które zamawiała za zmarłych. Było tam napisane: „+Franciszka Szkatuła”. Pytałem: „Anko, kto ci to powiedział?”, ale nie dała odpowiedzi – mówi. Dzisiaj Antoni podejrzewa, że Anka, podobnie jak wielu świętych i mistyków, mogła mieć nadprzyrodzony kontakt z duszami ludzi umierających.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama