Nowy numer 24/2021 Archiwum

Znienawidzeni

To były dwa strzały. Pierwszy w tył głowy, drugi na dobicie. Prześladowanie zaczęło się jednak wcześniej. Już w chwili aresztowania w siedzibie gestapo zdarto z niego sutannę.

Ojciec Ludwik Mzyk był w sile wieku. Gdy go zamordowano, miał zaledwie 35 lat. Hitlerowcy obchodzili się z nim wyjątkowo brutalnie. Kopali go i bili po twarzy. Skatowany i pobity duchowny nie przestawał jednak dawać świadectwa o Chrystusie. Świadkowie tamtych chwil przywołują jego wymowne słowa: „Nie może być uczeń nad Mistrza”. Zamordowano go 20 lutego 1940 roku.

Aż do śmierci

Podobnie jak większość śląskich duchownych – męczenników za wiarę okresu II wojny światowej – o. Mzyk pochodził z tradycyjnej śląskiej rodziny, gdzie pielęgnowano wartości chrześcijańskie. Zwykle były to także rodziny wielodzietne. Jego ojciec, również Ludwik, był sztygarem w nieistniejącej już dziś kopalni „Prezydent”.

Powołanie do pracy misyjnej odkrył podczas misji parafialnych. Jeszcze pod koniec studiów, zainspirowany duchowością o. Grignion de Montforta oddał się całkowicie Najświętszej Maryi Pannie. Akt zawierzenia podpisał własną krwią! Szczególny kult do Matki Bożej panował też w rodzinie Kubistów. Tam także przelała się krew za wiarę. Codziennie rodzice z dziewiątką dzieci odmawiali jedną część Różańca. Z tej okazji syn Stanisław przystrajał domowy ołtarzyk. Gdy został misjonarzem, usłyszał od matki: „Synu, coś sobie obrał, temu pozostań wierny”. Było to niczym proroctwo. Zamordowano go bestialsko 26 kwietnia w niemieckim obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen.

Ojciec Stanisław Kubista był werbistą. Za życia sporo pisał, umiejętnie zarządzał finansami jako ekonom, wybudował drukarnię. Poza tym był cenionym spowiednikiem, zwłaszcza przez seminarzystów. Prześladowania zaczęły się na skutek konfliktu z gestapo. Z bólem serca patrzył, jak niszczono wszystko, co przez lata mozolnie budował. W lutym 1940 roku wywieziono go do Nowego Portu, filii nazistowskiego obozu Stutthof. Fatalne warunki sanitarne, głód, ciężka praca i nieludzkie traktowanie mocno pogarszały stan jego zdrowia. W największej tajemnicy, w Wielki Czwartek w nocy, udało mu się jednak odprawić Mszę i przyjąć Komunię. Nie wiedział wówczas, że był to wiatyk na drogę do męczeństwa.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama