Nowy numer 24/2021 Archiwum

Ja ci pomogę

– Przez 20 lat picia zrujnowałem życie swoje i moich najbliższych. Bardzo kochałem żonę i dzieci, ale w rozgrywce z alkoholem oni przegrywali – przyznaje Krzysztof z Jastrzębia-Zdroju, niepijący alkoholik.

Nawet nie wiem, skąd wziął się mój alkoholizm. Wychowałem się w rodzinie, w której trunki były tylko przy jakichś uroczystościach. Nigdy nie widziałem, żeby mój ojciec był pijany. W domu nie było awantur, kłótni. To była normalna, z tradycjami, bardzo religijna rodzina. Byłem ministrantem, lektorem, cały czas blisko Kościoła.

Sierpień. Nie piję

Któregoś dnia na szkolnej wycieczce wypiłem za dużo. Na drugi dzień byłem schorowany, miałem potężnego kaca. Ktoś doradził mi, żeby sobie wypić, wypiłem i poczułem ulgę. Od tej pory cały czas było we mnie pragnienie, żeby znów się napić. Nie było to jeszcze codzienne picie, to były lata szkoły średniej. Wtedy co jakiś czas odbywały się różnego rodzaju prywatki. Zawsze był tam alkohol. Podjąłem pracę. Znaleźli się koledzy, którzy zostawali dłużej po pracy, można było sobie z nimi posiedzieć, coś wypić. To stało się moją codziennością. Ożeniłem się. Wydawało mi się, że jak założę rodzinę, to będzie inaczej. I początkowo tak było, ale później coraz częściej szukałem kontaktu z kolegami. Rodziły się dzieci, a w moim życiu było coraz więcej nieodpowiedzialności. Alkohol zawsze stawał mi na drodze do tego, żeby normalnie funkcjonować. Żona nie miała we mnie oparcia. Zdarzało się, że nie odebrałem dzieci z przedszkola albo przyjechałem na ostatnią chwilę w takim stanie, że panie nie chciały mi ich wydać. Żeby wmówić sobie, że jednak jestem mocny, że jak chcę, to potrafię nie pić, podejmowałem różne okresy abstynencji, np. w Adwencie, w Wielkim Poście czy w sierpniu. Wtedy z głową podniesioną do góry mówiłem: „Nie piję, bo sierpień”. Ale co z tego, jak od września zaczynało się z powrotem to samo.

Było nawet gorzej – trzeba było nadrobić to, co się straciło. Z czasem moje picie było coraz gorsze. Żeby się upić, potrzebowałem coraz mniej alkoholu. Żona nie wytrzymywała, zabierała dzieci, wyprowadzała się. Ja wtedy przestawałem pić, szedłem do nich, przepraszałem. Żona wracała, parę dni był spokój i znowu... W końcu zobaczyłem, że moje życie nie może tak wyglądać. Nie szukałem jednak fachowej pomocy, myślałem, że sam sobie dam radę. Zacząłem chodzić do przychodni, najpierw zażywałem leki i trzy miesiące udało mi się nie pić. Później zrobiłem sobie wszywkę alkoholową u nas w szpitalu. Udało mi się wytrwać 11 miesięcy.

Nie chciałem już żyć

Wtedy zauważyłem zmiany, jakie nastąpiły w domu. Widziałem, że moja żona jest zadowolona, że może na mnie liczyć, że ma we mnie oparcie. Wiedziała, że nawet jeśli się spóźnię, to do domu przyjdę trzeźwy. Jednak mnie samemu było z tym bardzo źle. Ona chwaliła mnie przed sąsiadkami, przed koleżankami, opowiadała, jak to teraz jest fajnie. A ja byłem bardzo niezadowolony. Cały czas myślałem o tym, kiedy znowu będę mógł się napić. Jak skończyło się działanie tych tabletek, piłem przez rok. Codziennie. W końcu moja biedna żona podjęła decyzję, że chce rozwodu... Oprzytomniałem dopiero wtedy, gdy dostałem wezwanie do sądu. Żona napisała mi liścik: „Wiem, że jak będziesz chciał, to wytrzymasz miesiąc, ale potem znów będzie to samo. Nie chcę już takiego życia”. Wtedy zacząłem szukać dróg ratunku. I dopiero po latach niepicia doszedłem do tego, że to była jej zasługa. Dowiedziałem się o jednym klubie abstynentów, ale zawiodłem się tam na pewnym człowieku. Mieliśmy się spotkać, a on nie przyszedł na spotkanie. Po raz kolejny postanowiłem: sam dam sobie radę. Ale ta samotna walka trwała bardzo krótko – 200, 300 metrów – do pierwszego baru. Piłem potem jeszcze przez dwa miesiące. I to było najgorsze picie w moim życiu. Doprowadziło mnie do tego, że nie chciałem już żyć. Nie byłem na tyle odważny, żeby popełnić samobójstwo, ale pamiętam, jak kilka dni nie jadłem, nie myłem się, leżałem w pokoju (odstąpionym mi przez żonę) i po prostu chciałem umrzeć. Najlepiej, żeby Pan Bóg mnie z tego świata zabrał, żebym zasnął i więcej się nie obudził. Ale widocznie Pan Bóg miał inne plany. Zaprowadził mnie do klubu abstynentów. Ciężko schorowany, po intensywnym piciu, kiedy nie mogłem już praktycznie przyjmować alkoholu, poszedłem do klubu. Byłem za wcześnie, otwierali dwie godziny później, postanowiłem poczekać. Jak przyszedł gospodarz i mnie zobaczył, to stwierdził, że takich tu nie potrzebują.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama