Nowy numer 24/2018 Archiwum

Feminizm po chrześcijańsku

O rolę i miejsce kobiety w Kościele zapytaliśmy trzy Ślązaczki. Historie ich życia są niepowtarzalne. Łączy je zaufanie do Boga i wiara w człowieka.

Beata Wleciałowska – chorzowianka. Żona Marka – szkoleniowca piłkarskiego. Mama Jasia, Andrzeja, Zosi, Karola i Piotra.

Moje miejsce w Kościele to przede wszystkim troska o dobrą relację z Panem Bogiem i, w konsekwencji, z moim mężem. To się przekłada na relację z naszymi dziećmi.

  ▲ Beata i Marek Wleciałowscy w styczniu 2017 r. obchodzili 25. rocznicę sakramentu małżeństwa.
archiwum prywatne
Miałam szczęście, że w odpowiednim momencie otrzymałam dobrą formację. Na rekolekcjach, w których uczestniczyłam, kształtowała się moja kobiecość, spojrzenie na Boga, na małżeństwo i rodzinę. Z perspektywy czasu wiem, że początkowo nie byłam na to przygotowana: w centrum stawiałam siebie i swoje własne plany.

Ślub z Markiem i pojawienie się w naszym życiu dzieci to był wielki przełom. Zrozumiałam wtedy, że tu chodzi o coś więcej. To nie ja mam być na pierwszym miejscu. Z początku nie było to łatwe. Wręcz przeciwnie. Wymagało to ode mnie zmiany myślenia i nowego nastawienia do siebie. Podświadomie chciałam realizować się zawodowo. Byłam rozdarta. Ilekroć wychodziłam do pracy, zostawiając dzieci, słyszałam wewnętrzny głos, że one tam na mnie czekają. Było mi ich strasznie żal.

Jako że mój mąż dużo pracował zawodowo, wspólnie podjęliśmy decyzję, że zostanę przy dzieciach w domu. Pamiętam, że odczułam wtedy jakąś niesamowitą ulgę i harmonię. Nagle przestałam się spieszyć, spoglądać na zegarek, niepotrzebnie zamartwiać. To pozwoliło otworzyć się nam na kolejne dzieci. Czasem przychodziły myśli, że poza domem byłoby mi lepiej, przyjemniej, łatwiej. Że tam czeka na mnie ciekawsze życie niż monotonia codziennych obowiązków. Ale dzisiaj czuję satysfakcję, że w najważniejszym okresie życia naszych dzieci byłam w domu.

Doświadczyłam ogromnej radości, patrząc, jak zaczynają chodzić, mówić, pisać. Cieszyłam się każdą chwilą spędzoną razem z nimi. Czytałam im książki, modliłam się z nimi, zabierałam do Kościoła. Takie momenty dodawały mi sił i utwierdzały w przekonaniu, że to wszystko ma sens. Niektórzy myślą, że żyjąc w ten sposób, kobieta wiele traci. Ale jest wręcz przeciwnie: sama wiele zyskałam. W pamięci utkwiły mi wszystkie te chwile, kiedy drugi człowiek otwiera się przede mną. Mówię tu oczywiście o moim mężu i dzieciach. To bezcenne i najważniejsze doświadczenie w moim życiu. Myślę, że właśnie na tym polega rola kobiety w rodzinie i Kościele.

Bo moim celem było zawsze to, by towarzyszyć bliskim poprzez poszanowanie ich wolności i wspieranie, by wzrastali ku dobru. Nie jest to proste. Nie mogę też powiedzieć, że zawsze mi się to udawało. Ale wierzę, że to jest to „coś”, co jako kobieta mogę dać drugiemu człowiekowi, zarówno w rodzinie, jak i w Kościele.

« 1 2 3 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama