Nowy numer 43/2020 Archiwum

Odeszli w 2016 roku

Jeden ksiądz i dwóch świeckich reprezentują na tych łamach rzeszę zmarłych w tym roku Ślązaków.

Jeden z nich, upośledzony, nie przykuwał uwagi za życia. Może to jednak o takich jak on Jezus mówił, że ostatni będą pierwszymi?

Edmund Szymura, bezdomny; żył 64 lata

Zmarł na zawał 17 maja na klatce schodowej na osiedlu Z w Tychach. Nikt nie zachował jego zdjęcia. W pogrzebie tego bezdomnego uczestniczyło trzech świeckich i pięciu księży. Czterech z tych księży płakało. Dlaczego? Zdaje się, że do uczestników pogrzebu dotarło, kim naprawdę był ten upośledzony człowiek. Pochodził z Katowic-Murcek. Kiedy zmarli mu rodzice, brat i siostra, a jego familok przed 20 laty został przeznaczony do rozbiórki, Edmund trafił na ulicę. I odtąd radził sobie, jak umiał. Co tydzień odwiedzał po kilkunastu śląskich księży i klasztory sióstr zakonnych. Przekazywał pozdrowienia od jednego dla drugiego. Zabawnie, bo nie wprost, sugerował im, że przydałyby się mu pieniądze. Przeznaczał je na bilety na autobusy czy tramwaje, na golarki, tanie dezo- doranty i... kartki urodzinowe dla wszystkich, których uważał za przyjaciół. Większość z nich to śląscy księża. Choć prawie wszyscy – w tym kapłani – traktowali go z lekkim przymrużeniem oka ze względu na jego bezdomność i upośledzenie, on żarliwie się za nich modlił. Zwłaszcza za biskupów, których szczególnie podziwiał. – A ja bym się nadawał na biskupa? – pytał. – Tak, ty byś się najbardziej nadawał – odpowiadali wesoło księża.

– Wprowadzał radość, bo był zabawny. Było w nim zero fałszu – wspominają dzisiaj. Weekendy spędzał w „swoim” kąciku w Duszpasterstwie Akademickim w Rybniku. Co tydzień za wyżebrane pieniądze jeździł na Jasną Górę, gdzie modlił się za księży na nocnych czuwaniach. Co roku w listopadzie jedną z kartek z życzeniami wypisywał sam do siebie. O tym, że był człowiekiem wielkiego formatu, do jego znajomych księży dotarło, gdy umarł. Dlatego płakali na pogrzebie, który urządzili mu w Pawłowicach Śląskich. A w świeży grób kazali wbić krzyż z napisem: „Brat Edmund Szymura”.

O. Józef Pielorz, oblat Maryi Niepokalanej; żył 95 lat

Jeden z ostatnich więźniów obozów w Dachau i Mauthausen-Gusen; pochodził z Imielina i tam też wrócił na emeryturze. Pracował jako kapelan Polonii w Kanadzie, Francji oraz w Belgii. Zmarł 1 września. Będąc młodym chłopakiem, wyróżniał się jako piłkarz, miotał dyskiem, oszczepem i kulą. Marzył o starcie na olimpiadzie w Tokio, zaplanowanej na 1940 rok. Przeważyła jednak myśl o kapłaństwie. Pojechał do nowicjatu misjonarzy oblatów w Markowicach na Kujawach. Ledwie tam dotarł – wybuchła wojna. Nienawidzący katolików właściciel folwarku i wójt von Egan kazał oblackim klerykom rozbić stojące wśród pól figury Maryi. Odmówili. Rozwścieczony wójt zawiadomił więc niemiecką policję, że oblaci... nie chcą pracować. Groziło im rozstrzelanie. Kolega szepnął, żeby uciekać i dotrzeć na Śląsk. Było to jeszcze możliwe, ale za ich ucieczkę Niemcy ukaraliby oblackich przełożonych. Józek w rozterce zaczął się modlić. A potem podjął decyzję: „Jako oblat Niepokalanej jestem gotów na śmierć w Jej obronie”. Został. Kleryków ocaliła wtedy rywalizacja między niemiecką policją ze Strzelna a gestapo z Inowrocławia. Później, w 1940 r., Józek i tak trafił do Dachau, a potem do jeszcze straszniejszego obozu w Mauthausen-Gusen, gdzie pracował w kamieniołomie. Przeżył cudem.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama