Nowy numer 39/2020 Archiwum

Zwyczajny linoskoczek

Nie był dewotem. Ba, nie lubił nawet wspólnych modlitw. Nie przerywał pracy, by zmówić „Anioł Pański”. – Uważał, że to przesadna manifestacja wiary – opowiada Michał, jego brat. – Miał prywatną relację z Bogiem. Jego śmierć poruszyła jednak samego papieża.

Michał o bracie mówi tak: – w swoim życiu szukał harmonii i prostoty. Wiele elementów jego działania wiązało się nie tyle z religią, co z wyznawaną przez niego filozofią życia, którą poznał w harcerstwie. On chciał zmieniać świat na lepsze. Jednocześnie im ciężej mu było, tym bardziej zbliżał się do Boga – dodaje brat Maćka Cieśli.

Uczynić świat lepszym

Maciek zmarł 2 lipca. Sławny grafik ŚDM-owy pochodził z Katowic. – Introwertyk, jeśli chodzi o emocje i relacje międzyludzkie. Wyrażał siebie przez sztukę. To był jego język komunikowania się ze światem – opowiada Michał. Był nie tylko grafikiem, ale i w pewnym sensie rzecznikiem. Nawet wtedy, gdy poruszał się o kulach, brał udział w wielu spotkaniach, na których zapadały kluczowe decyzje. Miał w sobie dużo energii do działania, choć stopniowo uświadamiał sobie, że ból jest coraz bardziej dokuczliwy, a on sam coraz słabszy. Nie opuszczała go jednak pogoda ducha. Nie skupiał się na sobie, lecz na innych.

Jednocześnie buntował się na brak harmonii w Kościele, niespójność między wyznawaną wiarą a życiem. Także jeśli chodzi o duchownych. Kochał raczej skromność. Nie szukał przepychu. Preferował należny umiar i równowagę. – Jego projekty bazowały na prostocie, np. wizerunki św. Jana Pawła II i św. Faustyny na ołtarzu w Krakowie zostały przez niego tak przygotowane, by jak najlepiej wkomponowały się w całość. Był jak linoskoczek, który – pomimo wszelkich trudności i wyzwań – zawsze przechodził na drugą stronę – uważa Michał.

Nadzieja wbrew nadziei

Miał świadomość, że umiera. Lekarze z Gliwic od razu orzekli, że ten przypadek jest nieuleczalny. Mimo to na początku wierzył, że uda mu się z tej choroby wyjść. Pewne nadzieje dawali mu lekarze z Krakowa. Pomimo złej diagnozy podawali mu chemię. Decydowali się na to, patrząc na Maćka. Bo spoglądając wyłącznie na wyniki, doskonale wiedzieli, że – z medycznego punktu widzenia – nie ma to sensu. – Lekarze nie potrafili uwierzyć, że Maciek jest tą osobą, której wyniki przed chwilą czytali. Jego pogoda ducha, silna wola i chęć walki sprawiały, że zaczęli walczyć razem z nim – opowiada Michał. Maciek inspirował. – Wielka szkoda, że osoby, które nie poznały go osobiście, nie będą mogły przekonać się o tym na własnej skórze. On potrafił dostrzegać smutek i cierpienie drugich. Czasem pocieszał, innym razem kimś potrząsał i mówił: „Weź się w garść”. Na tyle, na ile mógł, zawsze pomagał – dodaje jego brat. Miłość do bliźniego i pasję życia wyniósł z domu. Jako rodzina zawsze trzymali się razem. Nie bez znaczenia były też osoby, na które natrafił później, zwłaszcza w harcerstwie. – Ja byłem jego pierwszym drużynowym – mówi Michał. – Wszystkie wartości, które razem wypracowaliśmy, i chęć zmieniania świata głęboko w nas pozostały. Nawet wtedy, gdy nasze drogi się rozeszły. Samym siedzeniem z założonymi rękami niewiele można zdziałać. W każdej trudności trzeba szukać jakiegoś wyjścia i rozwiązania. Maciek o tym dobrze wiedział.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama