Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jestem z Aleppo

Mirna zdawała egzamin. W tym samym czasie bombardowano jej uczelnię. Eliasz wyszedł z domu. Chwilę później pocisk snajpera przedziurawił mu kurtkę…

– Zaczęliśmy na nowo marzyć. Planować przyszłość. Na nowo się uczyć i pracować – uzupełnia z radością Mirna. – Wyszłam za mąż trzy lata temu w Syrii, w Aleppo. Później wyjechaliśmy do Glasgow. Od tego czasu nie widziałam się z moją rodziną. Ale kiedy zdecydowali się przyjechać do Polski, zaczęliśmy organizować nasze wspólne spotkanie – dodaje.

Udało się to. Właśnie w Katowicach. – To naprawdę jest dla nas błogosławieństwo! – przyznają zgodnie.

Kto mnie ocalił?

W Syrii, niestety, nadal są rodzice i siostry Eliasza. – To wcale nie jest takie łatwe ani oczywiste zamieszkać w innym państwie, jeśli nikt nie ma ochoty na to, żeby cię przyjąć. Ucieczka, podróżowanie w Syrii są naprawdę bardzo niebezpieczne – mówi Eliasz.

Zaraz później dodaje, że na co dzień chroni ich Jezus. Robił to także wtedy, gdy nasi Syryjczycy żyli w Aleppo.

– Jak, mimo ciągłych wybuchów, ci ludzie nadal tam żyją? Widzę, że dzieje się to jedynie ze względu na modlitwę. Tylko Bóg jest w stanie nas ocalić. Więc naprawdę modlitwa za nas to podstawa. Oczywiście, pomoc i pieniądze też są trochę ważne – uśmiecha się. – Ale to modlitwa daje moc, siłę, żeby żyć pomimo wszystko.

Mirna opowiada o sytuacji, kiedy sama cudem uniknęła śmierci. – Jakieś trzy, cztery lata temu miałam egzamin na uniwersytecie. Spadały bomby, ale musieliśmy iść na uczelnię, żeby zdać ten egzamin i móc studiować w przyszłym roku. Podczas egzaminu terroryści spuścili bomby na nasz budynek. Zniszczone zostały różne meble, było wielu zabitych, rannych, wielu miało szkło w swoim ciele. Ale dzięki Bogu ja uszłam cało. Nic mi się nie stało. Zawsze, jak o tym mówię, to się trzęsę... To doświadczenie było dla mnie straszne, ale jednocześnie umocniło mnie w wierze. Bo z logicznego punktu widzenia nie miałam prawa przeżyć. Bóg jest z nami – przekonuje.

Eliasz w Aleppo mieszkał w miejscu graniczącym z bojówkami terrorystycznymi. Były jakieś 200 metrów od jego domu. Jeśli gdzieś chciał się przedostać, musiał biec.

– Pewnego razu, kiedy biegłem, padły strzały snajpera. Na szczęście przestrzelił tylko kurtkę. Zrobił w niej dziurę. Kiedy minąłem tę ulicę, zrozumiałem, co się stało. Kto mnie ocalił? Jestem pewien, że był to Bóg. Czasem bywało tak, że przechodziliśmy przez jakieś ulice, a parę minut później w tym miejscach eksplodowały bomby. Z podobnymi sytuacjami cały czas mają do czynienia moi bliscy, którzy ciągle żyją w Aleppo. I nie boją się. Żyją tam, bo nie mają innego wyjścia. Dziś w Aleppo nie ma ani jednego bezpiecznego miejsca. Oni się nie boją, bo chcą żyć – wyjaśnia.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama