Nowy numer 43/2020 Archiwum

Panie, gdybyś tu był...

W Rybniku-Boguszowicach 30 sierpnia rzesza wiernych wraz ze współbraćmi kapłanami pożegnała śp. ks. Janusza Frelicha.

- Czym różni się pogrzeb "zwykłego wiernego" od pogrzebu kapłana? - pytał na początku homilii podczas Mszy św. pogrzebowej bp Marek Szkudło. W modlitwach za śp. ks. Janusza Frelicha powtarzane były wielokrotnie słowa "kapłan Janusz". Można powiedzieć, że słowo "kapłan" staje się w takim wypadku ważniejsze od imienia i nazwiska. Może też dlatego pod koniec Eucharystii sprawowanej w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Rybniku-Boguszowicach biskup prosił o modlitwę w intencji nowych powołań kapłańskich. Kapłan - to wierny Kościoła, którego żegna się jak każdego wierzącego, ale jednocześnie to ktoś dla wspólnoty Kościoła wyjątkowy.

- Gdy ktoś ma 57 lat, mówi się, że jest człowiekiem dojrzałym - zaznaczył bp Szkudło. To liczba lat, jakie przeżył ks. Janusz w Chrystusowym kapłaństwie - lat dojrzałych zarówno poprzez aktywne życie księdza: wikarego, proboszcza czy budowniczego kościołów, jak i poprzez lata składania ofiary z siebie już na wzór Chrystusa cierpiącego, dźwigającego krzyż i do niego przybitego.

Biskup Marek rozważał też w homilii przywołaną w Ewangelii scenę, gdy Marta pyta Jezusa, dlaczego nie było go, gdy jej brat umierał. Zaznaczył, że "odległość" między tym pytaniem a odpowiedzią była czasowo niewielka, a treściowo "natychmiastowa". Jezus objawił się wkrótce, mówiąc: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem". Tak objawił się także kapłanowi Januszowi...

Kiedy patrzę na zdjęcie ks. Janusza, na jego twarz, w jego oczy, mam w pamięci jego głos, słowa wypowiadane z cicha, jakby z namaszczeniem. Przypominam sobie pierwsze z nim spotkanie po latach, gdy rozpoznał we mnie córkę swego dawnego nauczyciela i wychowawcy z rybnickiej szkoły średniej. Odtąd - a było to kilka lat temu - zaistniał w naszej modlitwie rodzinnej i naszej pamięci. I choć codzienne obowiązki nie pozwalały na zbyt częste odwiedziny, duchowa więź trwała. Powierzałam mu nasze ważne intencje, a my wspieraliśmy modlitwą jego trudną końcówkę życia. 

Panie, gdybyś tu był...   Ks. Janusz Frelich Józef Wolny /Foto Gość

Ostatnie lata spędził ks. Janusz w Domu św. Józefa w Katowicach. Gdy go odwiedzałam, mieliśmy zawsze dużo wspólnych tematów. Najpierw lata szkolne, znane mi z wielu opowieści moich nieżyjących już od dawna rodziców oraz licznych uczniów. W latach szkolnych przyjaźnił się z moim bratem stryjecznym Lechosławem, również uczniem wspomnianej szkoły. Lechosław mówił mi wielokrotnie o liście, który dostał od świeżo wyświęconego księdza. Janusz wspominał w nim o swojej wizji kapłańskiej drogi. Podkreślał między innymi, że ksiądz powinien żyć tym, czym żyją ludzie - mieć "zapodmiotowane" szerokie zainteresowania, by móc znaleźć z wiernymi wspólny język.

Gdy odwiedzałam ks. Janusza - jeśli czasu było nieco więcej - bardzo chętnie opowiadał również o swojej pracy duszpasterskiej. Czuło się, jak mocno związany był z parafiami, w których posługiwał, z ludźmi, którzy byli mu powierzeni.

O tym, że budował nie tylko Kościół duchowy, ale i ten z kamienia, świadczą słowa internauty z facebookowego profilu „Gościa Katowickiego”: „Wspaniały kapłan. Zaczął budowę kościoła w Bytkowie, pamiętamy go jak jeździł na kole z łopatą” (w 1975 r., pozostając wikarym w Michałkowicach, ks. Frelich otrzymał polecenie budowy kościoła w Siemianowicach Śl.-Bytkowie i objęcia opieką duszpasterską tej części parafii). Podobne wspomnienia ma Anna Iwanecka, która wraz z mężem śp. Wilhelmem animowała rekolekcje Domowego Kościoła i często z bliska obserwowała ks. Janusza. Wspomina jego pracę fizyczną i Eucharystie sprawowane przez niego w tymczasowej kaplicy w Bytkowie na niespełna dwóch metrach kwadratowych.

Co mnie najbardziej uderzało w ks. Januszu? Za każdym razem byłam pod wrażeniem jego subtelności i pogodzenia z sytuacją. A ta nie była łatwa. Miał wiele dolegliwości, m.in. cukrzycę, amputowaną nogę, poruszał się na wózku inwalidzkim, był zależny od innych... - to zawsze jest trudne; dla księdza może szczególnie. Czułam się wręcz zażenowana, gdy na pożegnanie nie tylko znaczył krzyżykiem moje czoło, ale także całował mnie w rękę, wyraźnie wdzięczny, a nawet więcej - wzruszony chociaż krótką wizytą. W dniu, w którym wybierałam się do niego w odwiedziny, dotarła do mnie wiadomość, że odszedł dzień wcześniej. Teraz będę się z nim kontaktowała już inaczej. Wierzę mocno w tę więź w tajemnicy świętych obcowania.

Biskup Marek, kończąc homilię, wspomniał o wewnętrznym pokoju i myślę, że to właśnie są słowa, które wyrażają najlepiej duchowość tego śląskiego kapłana. Między innymi o wewnętrzny pokój będę prosiła Boga za jego pośrednictwem 

Więcej informacji o pracy duszpasterskiej i ostatnich latach życia ks. Janusza Frelicha można przeczytać TUTAJ.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama