Nowy numer 43/2020 Archiwum

Kim był Edmund?

Na pogrzebie tego bezdomnego Ślązaka było trzech świeckich i... pięciu księży. Czterech z tych księży płakało.

Miał 64 lata i był upośledzony. Często prosił ludzi – zwłaszcza duchownych – o pieniądze.

Po jego pogrzebie okazało się, że wzięłoby w nim udział jeszcze więcej księży, ale nie wszyscy wiedzieli, że Edmund Szymura zmarł.


O co w tym wszystkim chodzi? Kim był Edmund?


Rodzina
 umiera


Pochodził z Katowic-Murcek. Nikt nie ma jego zdjęcia. Próbują więc Edmunda opisać: średniego wzrostu, raczej krępy, włosy siwe, zaczesane w dół. Zwykle uśmiechnięty, przypominał duże dziecko. Co u bezdomnych nieczęste – był czysty, a nawet pachnący tanimi perfumami. Nosił podarowane marynarki. – Mówiłem mu: „Edmund, to jest niemożliwe, ty masz ciągle nowe krawaty!”. Kupował je na wagę za 1,50 zł. Zwykle to były krawaty z jakimś pazurem, kotem, tygrysem. Taki był z niego aparat – wspomina ks. Damian Copek, duszpasterz akademicki z Katowic.


Edmund Szymura urodził się 6 listopada 1952 roku. Miał ojca, matkę, brata i siostrę. – Oni wszyscy jednak pomarli i został sam. Jego familok został przeznaczony do rozbiórki. To wszystko stało się ponad 20 lat temu. I odtąd radził sobie, jak umiał – mówi ks. Rafał Śpiewak, duszpasterz akademicki z Rybnika.


18 lat temu ks. Rafał był wikarym u św. Marii Magdaleny w Tychach. Edmund często przychodził tam na wieczorne Msze Święte. – On w kościele bardzo głośno śpiewał, tak zabawnie. Niektórym to przeszkadzało. Mówiliśmy mu: „Bardzo fajnie, że śpiewasz, ale nie możesz śpiewać tak głośno, bo tu są jeszcze inni ludzie”. On na to: „Ale ja lubię śpiewać!” – śmieje się.


Tak wikarzy zaczęli rozmawiać z Edmundem. Zauważyli, że jest bardzo sympatyczny, ale upośledzony. Przypominał duże dziecko. Dowiedzieli się też, że jest bezdomny. Pomagali mu więc, jak umieli. Także gospodyni z probostwa dawała mu jedzenie, wspierała go młodzież z KSM. A później, gdy wikarzy z Tychów przeszli na placówki w innych częściach Śląska, Edmund zaczął ich tam odwiedzać.


W planie jego odwiedzin zawsze była Matka Boża. „W poniedziałek pojadę na Jasną Górę” – oświadczał znajomym księżom. „A masz za co?” – pytali. „Jak będę miał za co, to pojadę” – odpowiadał. – Nie mówił wprost, żeby mu dać pieniądze, ale wyczuwałem sugestię – śmieje się ks. Damian Copek.


Ksiądz Damian poznał go w krypcie katowickiej katedry. „Jo jest Edmund, moga tu być na Mszy?” – przywitał się. „Jasne!” – odpowiedział kapłan. – Od tej pory przychodził do nas do zakrystii. Opowiadał, u jakiego księdza był i dokąd się wybiera, gdzie mu „dadzą pojeść”. Lubił się śmiać. Pytaliśmy go w tej zakrystii: „Edmund, czemu się śmiejesz?”, a on: „Bo mi tak wesoło”. Siedział na Mszy w krypcie zawsze pod figurą Maryi – wspomina ks. Damian.


Biskupi z dziewczynami


Ksiądz Rafał Śpiewak przygotował Edmundowi własny kąt w przyziemiu siedziby Duszpasterstwa Akademickiego w Rybniku. Edmund przyjeżdżał tu w soboty i wyjeżdżał w poniedziałki rano – na swój szlak do znajomych księży i na Jasną Górę. 
– Nigdy nie czuło się tu od niego alkoholu. Palił tylko papierosy, to była jego rozrywka – wspomina ks. Rafał. W Rybniku jedna z pielęgniarek i studenci opatrywali mu paskudną ranę nogi aż do całkowitego wyleczenia.


« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama