Nowy numer 25/2018 Archiwum

Przyślij siostrę!

Niezwykła zakonnica zmarła 80 lat temu w Brzeziu, obecnie dzielnicy Raciborza. Dzisiaj tamtejsza parafia... hucznie to świętuje.

To siostra Maria Dulcissima, pierwsza rodowita Ślązaczka w drodze na ołtarze. Urodziła się w 1910 r. jako Helena Hoffmann w Zgodzie, dzisiejszej dzielnicy Świętochłowic. Modlitwę o jej beatyfikację zaplanowano na 15 maja w kościele w Raciborzu-Brzeziu. Przyjaciół sługi Bożej wciąż przybywa, choć zmarła przed 80 laty, 18 maja 1936 roku. Miała wtedy 26 lat. „Dulcyzma”, jak nazywają ją mieszkańcy Brzezia, ofiarowywała się Bogu w intencji różnych księży, ale też świeckich. W poprzednim numerze opisaliśmy historię 9-letniego chłopca, który odzyskał wzrok po tym, jak ona ofiarowała za niego własne oko. W Brzeziu ludzie w co drugim domu twierdzą, że doznają nadzwyczajnych Bożych łask dzięki jej wstawiennictwu. Co to za ładna kobieta? Z dzieciństwa pamięta Dulcissimę doktor Helena Burek z Brzezia.

Gdy pracowała w ośrodku zdrowia, leczyła parafiankę, Łucję Stawinogę, matkę pięciorga małych dzieci. Nikt nie umiał jej trafnie zdiagnozować. – W szpitalu w Raciborzu była przenoszona z oddziału zakaźnego na wewnętrzny, chirurgię i tak dalej. Mimo kroplówek, przetaczania krwi, umierała. Ordynator pozwolił rodzinie zabrać ją do domu. Powiedział: „Ona jest w stanie przedagonalnym” – wspomina pani doktor. – Co przyszłam z pracy, to słuchałam, czy już bije dzwon „Konający”. Mąż mówił: „Co z ciebie za lekarz, jak ty czekasz, kiedy pacjent umrze, zamiast czekać, kiedy będzie zdrowy”. Ja na to: „Wiesz, to jest niemożliwe, żeby ta kobieta przeżyła”. Mówiła to też proboszczowi, ks. dr. Rudolfowi Adamczykowi. – On na to: „Nieprawda, ona będzie zdrowa”. A ja znowu: „Bardzo bym chciała, żeby była zdrowa, ale nie ma takiej opcji”. Nieraz, jak po pracy wstępowałam do kościoła, widziałam księdza z mężem i dziećmi pani Stawinogi. Klęczeli i się modlili – wspomina. Jednym z dzieci Łucji Stawinogi jest Regina Kampka. Miała 8 lat, kiedy w 1956 r. mama zachorowała. – Mój ojciec osiwiał w ciągu trzech dni – wspomina. Dzieci z tatą, proboszcz i siostry prosili Dulcissimę o wstawiennictwo, a matka leżała w szpitalu przez pół roku. – Kiedy już była w agonii, nagle coś ją złapało, szarpnęło i odsunęło od okna, pod którym leżała. Mama opowiadała później, że poczuła dotyk. To był punkt przełomowy w jej chorobie. Wierzę, że to była Dulcissima – mówi Regina. Łucja wróciła do domu. Dzwon „Konający” jednak milczał. „Przegapiłam pogrzeb?” – dziwiła się doktor Burek.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama