Nowy numer 39/2020 Archiwum

Wiecznego odpoczynku nie będzie

O pracy w Niebie, śladach ran, które zabierzemy ze sobą i o umieraniu z tęsknoty mówi dogmatyk ks. Grzegorz Strzelczyk.

Praca nie została nam dana jako kara za grzechy. Ta rzeczywistość była w świecie jeszcze przed grzechem pierworodnym. I myślę, że będzie także obecna w tym nowym, przemienionym świecie. Jeśli mamy, choćby bardzo krótkie, doświadczenie pracy, która przynosi satysfakcję i takie normalne ludzkie zadowolenie, to perspektywa przeżywania tego w niebie, ale w sposób niczym niezmącony, wcale nas nie będzie przerażać. To zresztą wcale nie wyklucza odpoczynku czy spokojnego posiedzenia przy Panu Bogu. Będziemy mieć na wszystko sporo czasu (śmiech).

Zanim znajdziemy się w niebie, musimy przejść przez śmierć. Chyba tego najbardziej się boimy. Chwila oddzielenia duszy od ciała musi boleć...

Myślę, że boimy się nie tyle śmierci, ile umierania. Boimy się cierpienia. Boimy się samotności przy umieraniu. Boimy się, że w tym momencie dopadnie nas niewiara. Na to jest tylko jeden sposób: budowanie, na długo przed śmiercią, solidnej relacji z Bogiem. Jedyny sposób na spokojne umieranie to życie w nadziei Bożego miłosierdzia. Towarzyszyłem ludziom, którzy w ten sposób odchodzili. W całkowitej pogodzie ducha. Widziałem też zupełnie inne umieranie. To było jedno z najstraszniejszych doświadczeń w moim życiu. Obserwowanie, jak odchodzi człowiek niepogodzony z ludźmi i z Bogiem. I to poczucie kompletnej bezradności. Ale jedno jest pewne: wszyscy umrzemy. Śmierć położy kres grzechowi i jeszcze kilku innym nieprzyjemnym rzeczom. A tam, po drugiej stronie, czeka Bóg. Umierając, wpadamy w Boga. I to jest w tym najpiękniejsze.

Najmocniejsze doświadczenie nieba, obecności Boga, obcowania świętych przyszło dokładnie w chwili śmierci mojej mamy. Miałam wrażenie, jakby ta zasłona na chwilę się odsłoniła i mama przez nią przeszła, a ja zostałam po drugiej stronie...

Pan Bóg wie, że potrzebujemy takich momentów. To jak bonus, jak zapowiedź tego, co będzie naszym pełnym udziałem w wieczności. Nasza nadzieja też potrzebuje nakarmienia. Potem znowu dłużej może być na poście.

Dopada Księdza czasem tęsknota? Obiektywnie niezwiązana z niczym i z nikim konkretnie, ale tak mocna, że ma Ksiądz wrażenie, że zaraz eksploduje wewnętrznie?

Oj, bardzo. A taka tęsknota potrafi się mocno, boleśnie konkretyzować. Mistycy opisują to doświadczenia jako miłosną tęsknotę za samym Bogiem. Paradoksalnie im bliżej się Niego jest, tym bardziej się tęskni. Osią cierpienia staje się niemożliwość spełnienia. Im bliżej się jest, tym to cierpienie jest bardziej rozdzierające. Człowiek coraz bardziej jest gotowy na zjednoczenie, a ono ciągle się nie dopełnia. Jeśli jest w nas to pragnienie i ono się intensyfikuje, to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. To znaczy, że zostaliśmy już pociągnięci przez Boga i coraz bardziej stajemy się gotowi do świętości.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama