Nowy Numer 29/2018 Archiwum

Im wystarczył uśmiech

Najpierw stali na kasie w supermarkecie. Później opiekowali się porzuconymi i chorymi. I zgodnie przyznają: to były wakacje życia.

Na początku towarzyszyło im nieustanne zdziwienie. – Pie- rwszy szok to delhijska ulica: pełna kontrastów, gwarna, ciągle brzęcząca klaksonami. Tłok na ulicach, brak pasów ruchu i pozorny brak reguł. Na początku ciągle bałem się, że lada moment dojdzie do jakiegoś gigantycznego karambolu. Obok siebie skrajnie biedni ludzie i niewiarygodnie bogaci w luksusowych samochodach – wspomina Szymon Kot, uczeń klasy maturalnej w Akademickim Zespole Szkół Ogólnokształcących im. Juliusza Słowackiego w Chorzowie. Zaskoczył ich upał, mimo że teoretycznie byli na niego przygotowani. – Na początku nie mogliśmy się do niego przyzwyczaić. Chodziliśmy cali mokrzy. Nawet chwilę po wyjściu spod prysznica nie byliśmy pewni, czy na naszej skórze jest jeszcze woda, czy już pot – wspominają.

Morze ciekawskich

16 uczniów z Polski wraz z opiekunami było także nie lada atrakcją dla Hindusów. – Często zatrzymywaliśmy się w miejscowościach, które zdecydowanie nie były turystyczne. Tam budziliśmy ogromne zainteresowanie. Pamiętam sytuację, kiedy kilka godzin czekaliśmy na dworcu. Wtedy zbiegli się chyba wszyscy mieszkańcy wioski, żeby nas zobaczyć. Najpierw podchodzili nieśmiało, pojedyncze osoby. Później śmielej.

Trochę przypominali takie morze ludzi, zewsząd nas otoczyli. Niektórzy próbowali nas dotknąć. Niektórzy usiłowali sprawdzić, co piszemy w komórkach. Nie pomogło nawet to, że pojawili się policjanci i próbowali ich rozgonić – wspomina ze śmiechem Aleksandra Żukowska. Uczniowie przyznają, że miejscowi nie byli wobec nich agresywni. – Zdarzało się, że np. podczas podróży pociągiem podchodzili, ale raczej po to, żeby nas dotknąć. Tak delikatnie, czasem tylko jednym palcem – dodaje Aleksandra. Podróż i zetknięcie się z zupełnie inną kulturą to nie był jedyny cel wyprawy. Uczniowie „Słowaka” pojechali, by być wolontariuszami. Przez kilka dni posługiwali w domach opieki założonych przez Matkę Teresę. – Powiem szczerze, to było moje pierwsze zetknięcie z chorobą, ze śmiercią. Te dni sprawiły, że wydoroślałem. Inaczej patrzę na wiele spraw – mówi szczerze Szymon. – Pierwszego dnia pomagaliśmy robić pranie. I wbrew pozorom to wcale nie było takie trudne. Dla mnie taki moment zwątpienia przyszedł, gdy drugiego dnia dostałem przybory do golenia i musiałem przejść wśród chorych i spytać, kto się chce ogolić. I wtedy chyba najmocniej zdałem sobie sprawę z tego, że jestem szczęściarzem: mam rodzinę, dom, pieniądze. A oni nie mieli niczego. Ich radował uśmiech, to, że porozmawialiśmy z nimi, poświęciliśmy chwilę ich problemom – dodaje. – Ja i moje koleżanki zostałyśmy przydzielone do pracy z dziećmi. One bardzo często były niepełnosprawne fizycznie i intelektualnie. To było trudne doświadczenie, ponieważ naszym zadaniem było m.in. wykonywać z nimi proste ćwiczenia. Musiałyśmy pokonać ich opór – wspomina Aleksandra.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama