Nowy numer 39/2020 Archiwum

Marżuha buja się w ogródku

Chrześcijańscy uchodźcy na Śląsku. Cztery rodziny syryjskich chrześcijan, które sprowadziła na Górny Śląsk Fudacja Estera, wyjechały już dalej na Zachód. Dwie rodziny zostały – obie w Chorzowie.

Dlaczego tylu syryjskich chrześcijan stąd wyjeżdża? – pytają niektórzy Polacy. W internecie można znaleźć wypowiedzi niektórych pomagających – np. z parafii w Wielkopolsce – w których pobrzmiewa rozczarowanie tymi wyjazdami. Zwłaszcza gdy są to wyjazdy bez pożegnania.

– Ale czy oni oczekiwali jakiejś strasznej wdzięczności? My w ogóle nie mamy pretensji, że nasi Syryjczycy wyjechali – mówi Ania, która wraz z mężem Piotrkiem gościła w jednym ze śląskich miast uchodźców z Damaszku.

Jedna z syryjskich rodzin, zanim wyjechała, zorganizowała w Świętochłowicach pożegnalną imprezę, żeby podziękować wszystkim Ślązakom, którzy jej pomagali. Było wzruszająco.

U Syryjczyków, którzy wciąż mieszkają w Chorzowie, na początku pojawiały się pewne problemy. Zamieszkali w ładnym mieszkaniu, ale w kiepskiej okolicy. Na ławeczce przed drzwiami przesiadywali pijacy. Przybysze nie czuli się tam zbyt pewnie, zwłaszcza że w jednej z rodzin są małe dzieci. Po miesiącu działająca w Chorzowie Chrześcijańska Fundacja Wiara Nadzieja Miłość wynajęła im mieszkanie w cichszym miejscu. – Uczą się polskiego, mają tu coraz więcej przyjaciół – mówi Irek, jeden z pomagających.

Zamrożony bób

Z kolei syryjskie małżeństwo z dwojgiem dzieci, goszczone przez Anię i Piotra, wyjechało nagle. Na piętrze domu, które oddali im gospodarze, zostawili torby z ubraniami, a w zamrażarce bób. To dla nich podstawa wyżywienia, jak dla nas ziemniaki. SMS przysłali już z Niemiec. Gospodarze rozumieją jednak ich sytuację i ich lęki o przyszłość. – Gdybym miał jeszcze raz podjąć decyzję o przyjęciu ich pod swój dach, zrobiłbym to samo – mówi Piotr.

Ona – Sausan – była w Damaszku nauczycielką. On – Musa – prowadził prace wykończeniowe w mieszkaniach. Mieli duży dom w dobrej dzielnicy.

Niestety, w 2011 roku w Syrii wybuchła wojna. Miriam, urodzona rok wcześniej córeczka, nie zaznała wielu zabaw na podwórku – dla bezpieczeństwa przez ostatnie cztery lata mama kazała jej przesiadywać w domu.

W kościele dowiedzieli się o możliwości przyjazdu do Polski. Zaryzykowali, zostawili swoje życie w Syrii. 10 lipca wylądowali ze swoimi dziećmi w Warszawie.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama