Nowy numer 32/2022 Archiwum

Gruchnął, że uch

Ze Śląska do Kenii. Z zamiłowania wciąż jest „metalem”. Jeszcze cztery lata temu interesował się jednak przy tym pogańskimi treściami. – Miałem ostro narąbane we łbie. Pan Bóg mnie musiał trzy razy „dugnąć” – mówi Piotr Kieś z Rydułtów.

Te dzieci miały od 6 do 15 lat. Ślązak rano modlił się z nimi i jadł śniadanie (w lepszy dzień po trzy kromki chleba tostowego, w gorszy – herbata), a potem odprowadzał do szkoły. Prywatne szkoły są tam otoczone podwójnymi płotami ze względu na licznych handlarzy narkotyków.

Bitwa o pomarańczę

Wracając, szedł na Mszę świętą. Była pora deszczowa, więc kałuża w dolince na drodze do kościoła po kilku dniach tak się powiększyła, że Ślązak musiał rozbierać się i brnąć w wodzie do połowy uda. Do kościoła docierał ze stopami brudnymi od błota. Kałuża wyschła dopiero po 1,5 miesiąca.

Po powrocie chłopców pilnował odrabiania lekcji, prowadził zajęcia z religii. Oglądał z nimi serial „Biblia” i rozmawiał o nim, opowiadał o sakramentach. Od 17.00 grali w piłkę, żonglowali. Naprawił im motocykl. – Te dzieci, jak każde inne, potrzebują uwagi, kontaktu, poświęconego im czasu. Przytulenia, pogłaskania po głowie. A tam obserwowałem ze strony dorosłych wobec nich jakiś dystans. Więc jak ten biały opiekun brał ich na barana, czochrał, przerzucał, to oni czuli, że wreszcie są dziećmi. Jej, jak mnie już potem plecy bolały od tego ich noszenia! Robiłem im też karuzele i bardzo prostą, tanią zabawę: bańki mydlane. Skakali, krzyczeli, rozwalali te bańki – mówi.

Ślązak miał tam awitaminozę, więc kupił sobie pomarańczę. Zawołał młodsze dzieci i podzielił ją. „Ale on dostał dwa kawałki!” – powiedzieli chłopcy, wskazując na kolegę. „Nie, zobacz, to jest jeden kawałek, tylko trochę większy” – tłumaczył Piotr. Chwilę później usłyszał krzyk – to chłopcy pobili się z zazdrości o ten odrobinę większy kawałek owocu.

– Byłem tam trzy miesiące i tylko ten raz widziałem, żeby jedli pomarańczę. Najczęściej jedliśmy gideri, najtańsze danie, czyli fasolę z kukurydzą – mówi.

Boże dugnięcie

Bardzo wielki nacisk w ośrodku kładziono na uczenie dzieci dzielenia się. I to często się udawało. Kiedyś jeden z chłopców dostał skądś cukierka, ale... podzielił go na trzy części. Jedną proponował nawet Piotrkowi, ale ten grzecznie odmówił. Kiedy przyszedł czas odjazdu, chłopcy płakali. Mówili, że chcą być tacy jak Piotr. Wstawali po kolei i dziękowali mu, że był spokojny, że był dla nich miły. Że dzięki niemu dzielili się rzeczami, nie bili się tak często, a pod koniec prawie wcale. „Przepraszam za wszystko, co zrobiłem złego wobec ciebie, ty nigdy nie zrobiłeś nic złego wobec mnie” – powiedział jeden z chłopaków.

A czego sam Piotr nauczył się jako świecki misjonarz? Twierdzi, że wykorzystywać wolny czas.

Kiedy chłopcy byli w szkole, czytał listy Seneki, podręcznik do psychologii społecznej i biografię Matki Teresy z Kalkuty. I przez tę ostatnią lekturę Bóg znowu go „dugnoł”. Uderzyło go, że bardziej dba o dobry kontakt z ludźmi niż o tę najważniejszą relację, z Bogiem. – Powiedziałem sobie: „Kiesiu (bo to moja ksywa), ty się nie starasz. Masz pragnienie, ale niewiele z tym robisz”. Poszedłem na dwie godziny do kościoła, usiadłem i razem to rozgryzaliśmy. Grozi mi pułapka aktywizmu: robić, robić, robić, zamiast skupić się na Tym, Kto mnie do tej Kenii wezwał. I Kto mnie uzdolnił, bo przecież ja wcześniej nie lubiłem dzieci! Jestem bardzo niecierpliwy, a wobec tych małych Kenijczyków okazałem się bardzo cierpliwy. To było następne Boże „dugnięcie”: „Popatrz na mnie i postaraj się, nie tylko jeśli chodzi o ludzi, ale i o Mnie” – mówi.

Co dalej z jego życiem? Złożył papiery do seminarium duchownego w Warszawie, które kształci kandydatów także do Ordynariatu Polowego. Jeśli taki jest Boży plan, zostanie kapelanem wojskowym.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama