Nowy numer 25/2022 Archiwum

Gruchnął, że uch

Ze Śląska do Kenii. Z zamiłowania wciąż jest „metalem”. Jeszcze cztery lata temu interesował się jednak przy tym pogańskimi treściami. – Miałem ostro narąbane we łbie. Pan Bóg mnie musiał trzy razy „dugnąć” – mówi Piotr Kieś z Rydułtów.

To miał być krótki wyjazd na Ukrainę, gdzie chłopak miał pomóc w remoncie kościoła. Akurat wtedy wybuchł jednak konflikt związany z Krymem i salwatorianie byli zmuszeni zmienić plany. Piotrek został wysłany do Ziemi Świętej i to na dłużej, bo na dwa miesiące. – Dziewczyny na misjach lubią się opiekować dziećmi, „bo to takie słodkie”. Ja nie jestem specjalnie emocjonalny, więc wolałem robić coś konkretnego. Najlepiej się czułem, kiedy w domu starców dla kobiet koło Ramallah w Palestynie przymurowywałem do ściany takie wielkie kamienie, żeby w środku zrobiło się chłodniej. Przycinałem tam też oliwki i pakowałem rosnące winogrona w takie worki, żeby ich ptaki nie pozjadały – relacjonuje.

Pojechał tam, żeby uniknąć konfliktu na Ukrainie, a akurat między Palestyńczykami i Żydami wybuchł wtedy kolejny konflikt. W powietrzu zaroiło się od rakiet i antyrakiet. Piotrka bardzo interesują wojskowość i militaria. Kiedy raz o godz. 22.00 zawył alarm, on... wbiegł na wzgórze za domem, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. W stronę izraelskiego osiedla leciała rakieta wystrzelona przez Hamas. Przeleciała nad głową Ślązaka i eksplodowała za krawędzią następnego wzgórza. Błysk, huk, ziemia się zatrzęsła.

E, ludzie!

W końcu trzeba było wrócić do Polski. Piotr, żeby nie marnować czasu, zatrzymał się w Pucku, gdzie pomagał jako wolontariusz w hospicjum księdza Kaczkowskiego. Chciał tam zastanowić się, co zrobić ze swoim życiem. Okazało się jednak, że Pan Bóg sam zaplanował dla niego kolejny wyjazd misyjny.

Niespodziewanie do przebywającego w Pucku chłopaka zadzwonił jego opiekun z wolontariatu, ksiądz salwatorianin. – Super się sprawiłeś w Palestynie, to może cię wyślemy do Afryki? – zaproponował. – Jak się odda stery życia Jezusowi, to potem już samo leci – komentuje Piotr.

Wrócił do Rydułtów, zebrał pieniądze na przelot. Zaprosił przyjaciół na imprezę. Był kwiecień tego roku. Wszedł na krzesło. „E, ludzie, jutro lecę do Kenii na trzy miesiące” – zaskoczył ich.

Trafił jako wolontariusz do ośrodka dla dzieci ulicy na przedmieściach Nairobi, stolicy Kenii. Sieć takich ośrodków założył ojciec Renato Kizito, Włoch ze zgromadzenia kombonianów. – Menedżer ośrodka, Kenijczyk Tiberius, czasem ode mnie pożyczał kasę na ryż, jak mu brakowało na utrzymanie dzieciaków – mówi Piotr.

Ksiądz oraz Tiberius w ciągu dnia załatwiali fundusze na utrzymanie dzieci. – Na miejscu nie ma w ciągu dnia na stałe żadnego opiekuna. Ci chłopcy właściwie nadal byliby w tej sytuacji dziećmi ulicy, tyle że w lepszych warunkach bytowych. Po to więc są wolontariusze, żeby się nimi zajmować – opowiada.

Bieda w Kenii jest ogromna. – Dzieci się wysyła, jeśli rodzina jest dobra, do pracy, a jeśli zła, to kraść. A w slumsach za kradzież grozi śmierć przez samosąd. Krzyczą: „Złodziej, złodziej!”, jeśli dogonią, to obrzucają kamieniami, a na koniec przynoszą parafinę albo benzynę, podpalają i już nie ma złodzieja... – mówi Piotr. – Większość dzieci z naszego ośrodka jeździ na wakacje do rodziny, ale nie wszyscy. Mieliśmy na przykład chłopca, którego po tym, jak zostawiła go matka, wychowywał ojciec – złodziej. Kiedy tego ojca mu zabili, został z babcią. Ale babcia była stara i umarła... Przez ośrodki ojca Kizito przewinęło się już 1300 dzieci, z których ponad tysiąc się ustatkowało. Reszta wróciła na ulicę: kilkanaścioro zabiła policja, część samosądy – wylicza.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama