Nowy numer 43/2020 Archiwum

Życie zaczyna się pod biegunem

„Boreasz” na Spitsbergenie. – Mayday, mayday, mayday! – dramatyczny komunikat z jachtu „JOIN US” dotarł do norweskich służb. Na pokładzie uczestnicy załogi już od kilkudziesięciu minut ratowali przyjaciela.

Piotr Pietrzniak, 44-letni drugi oficer, zapalony żeglarz, akurat schodził, żeby zrobić wpis do dziennika jachtowego, gdy nagle na oczach kolegów przewrócił się na pokładzie. Późniejsza diagnoza lekarzy: rozległy zawał serca. Pomimo błyskawicznej akcji reanimacyjnej załogi, kontynuowanej przez profesjonalny zespół ratunkowy, Piotr zmarł. To nie scena z filmu „Gniew oceanu 2”. To rzeczywistość, z którą musieli się zmierzyć członkowie grupy „Boreasz”, śląscy żeglarze, pływający po północnych morzach. W czerwcu 10 śmiałków udało się w rejs. Zdobyli Spitsbergen, największą wyspę Norwegii na Morzu Arktycznym. Płynęli przez dwa tygodnie. W ostatnim dniu wyprawy pożegnali na zawsze jednego z towarzyszy. – To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu – przyznaje Piotr Puk, kapitan. – Ale też chyba jedno z najcenniejszych. Przeżyliśmy akcję ratunkową na morzu. Jak się okazało, nie mieliśmy szans uratować Piotra. Mimo to ratownicy i lekarze, którzy przylecieli śmigłowcem, bardzo wysoko ocenili nasze działania ratunkowe. To ważne, bo w takiej sytuacji najłatwiej zacząć się oskarżać. To doświadczenie mocniej nas jeszcze scaliło jako załogę. Na pewno nie przekreśliło wartości całej wyprawy, choć rzuciło na nią jakiś bolesny cień. I w każdej chwili jesteśmy gotowi ruszyć w kolejny rejs.

Sny o ogórkach

Połączyła ich miłość do żeglarstwa. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku byli związani z silnym na Śląsku harcerstwem wodnym. Zaczynali od obozów żeglarskich, spływów kajakowych. Z każdym rokiem wypływali coraz dalej, a wyprawy stawały się coraz trudniejsze. Obecnie trzon zespołu „Boreasza” stanowi grupa kilku osób. O wyprawie na Spitsbergen opowiadają: kapitan Piotr Puk, pierwszy oficer Dariusz Wieczorek i trzeci oficer Marcin Kasperek. Załoga jednomasztowego jachtu „Join Us” wypłynęła 13 czerwca z Tromso. Łącznie przepłynęli blisko 900 mil morskich. Wśród żeglarzy na pokładzie była jedna dziewczyna – Ula Przyłucka-Miozga. Po sześciu dniach ciągłej żeglugi dotarli do wyspy. Pierwszym przystankiem, do którego przybili, była Stacja Polarna Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk wewnątrz fiordu Hornsund. Najbardziej wysunięta na północ polska całoroczna placówka badawcza nazywana jest „Polskim Domem pod Biegunem”. – Stacja jest doskonale wyposażona – opowiada Dariusz, który z zawodu jest geodetą. – Zimą oczywiście badania są utrudnione. Naukowcy przyznają, że większość czasu zajmuje im cięcie lodu, żeby uzyskać wodę pitną, i walka o przetrwanie. W towarzystwie lodowców łatwo traci się orientację czasową. W rejonie Hornsundu dzień polarny trwa cztery miesiące. Wtedy przez 24 godziny na dobę trwa dzień. Noc polarna trwa 106 dni od października do lutego. I stale jest ciemno. – Przez pierwsze 48 godzin czułem się jak „nakręcony” – śmieje się Piotr. – Nie chciało mi się spać i nie bardzo miałem pojęcie, która jest godzina. Po dwóch dobach padłem. Jeśli się nie trzyma sztywnych założeń, że na przykład o godz. 22 zaczyna się noc, a kończy o 6 rano i wtedy trzeba wstać, można się kompletnie pogubić. Pracujący pod biegunem naukowcy też uważają, że warto ustalić sobie porządek dnia, żeby się nie przemęczyć i prowadzić w miarę stabilny tryb życia. – Latem do stacji docierają wycieczki turystyczne, co też utrudnia pracę badaczom – opowiadają członkowie „Boreasza”. – My byliśmy pierwszymi gośćmi w tym sezonie – uśmiecha się Dariusz. – Po całym roku spędzonym na stacji tylko w swoim towarzystwie cieszyli się z nowych twarzy i z tego, że mogą pogadać z kimś innym, niż tylko ze sobą. Przywieźliśmy im nowalijki: pomidory, ogórki, kapustę – dodaje Piotr. – Właściwie to przywieźliśmy im wódkę i kiełbasę suchą krakowską – prostuje Marcin. – Dopiero kiedy wyciągnęliśmy pomidory i majonez, oczy im rozbłysły i z wdzięczności podarowali nam całą zgrzewkę... papieru toaletowego. Świeże warzywa to na biegunie towar zdecydowanie deficytowy. Naukowcy potwierdzają, że po kilku miesiącach pobytu w stacji w ich snach pojawiają się jędrne, czerwone pomidory, zielone ogórki… – Dwa razy w roku przypływa z Polski statek z zaopatrzeniem – opowiada Piotr. – Tak się złożyło, że przypłynęliśmy na wyspę przed nim. Mieszkańcy stacji byli wyposzczeni, a my przywieźliśmy im to, za czym tęsknili. Gdybyśmy ich odwiedzili po dostawie, pewnie w nosie mieliby nasze pomidory – śmieją się żeglarze.

Miś ze złamaną szczęką

Surowość krajobrazów, z jaką zetknęli się podróżnicy, zafascynowała ich. – Odnosiło się wrażenie nieskazitelnej czystości panującej dookoła – opowiada Marcin. Z zawodu jest grafikiem, projektantem. Z tego tytułu ma szczególną wrażliwość na kolory. – Zawsze myślałam, że lód jest przeźroczysty – przyznaje. – Lodowce na Spitsbergenie mają w sobie wszystkie kolory tęczy: od pastelowej zieleni, poprzez błękity, do czerwieni. To zabarwienie zależy od stopnia natlenienia lodu: im więcej tlenu, tym kolor jest bardziej niebieski. Kiedy zaczyna się utleniać, jego barwa zmienia się w zielony, seledynowy, aż do białego. Poza tym kiedy lodowiec „szedł”, niósł przed sobą ziemię. W zależności od tego, co było w tej glebie, taką barwę też przybierał. Mężczyźni przyznają, że bywało niebezpiecznie. Każde zejście na brzeg wiązało się z przestrzeganiem ściśle określonej procedury. Nie można tak po prostu zeskoczyć z łodzi i pójść, dokąd się chce. – Musieliśmy za każdym razem czekać, aż pojawi się ktoś z bronią, kto będzie nas asekurował w drodze – opowiadają. – Każdy z mieszkańców posiada broń. Także naukowcy w Hornsundzie przeszli szkolenie z posługiwania się nią. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby zwyczajnie nie zostać zjedzonym przez niedźwiedzia polarnego. Te jedne z największych drapieżników na świecie potrafią zabić człowieka jednym uderzeniem łapy. Są ciekawskie i bardzo wytrzymałe. Przemierzają wiele kilometrów za nieznanymi śladami nart, skutera i tak dalej. Od późnej jesieni do wiosny, wraz z dryfującym lodem, docierają w rejon Hornsundu. Przy stacji badawczej widuje się nawet do 200 niedźwiedzi polarnych rocznie. Budynki mieszkalne są w specjalny sposób zabezpieczane przed drapieżnikami. Okna są zakryte drutami kolczastymi, w deskach tkwią gwoździe, co uniemożliwia niedźwiedziowi dostać się do środka, pożreć cenne zapasy żywności i wyrządzić poważne szkody czy wręcz rozwalić drewniany budynek. – Niedźwiedzie polarne nie boją się ludzi – potwierdza Dariusz. – Znany jest przypadek niedźwiedzia, który wziął do pyska wystrzeloną w jego kierunku racę. I raca wystrzeliła, łamiąc misiowi szczękę. Trzeba było go dobić. Niedźwiedzie wyczuwają swoje ofiary nawet z 20 kilometrów. My go nie widzimy, nie słyszymy, a on już na nas patrzy…

Miasto umarłych

Załoga po kolei penetrowała lodowce. Dotarli do Barentsburg, gdzie znajduje się ciągle działająca kopalnia na Spitsbergenie. Właścicielami są Rosjanie. Odwiedzili opuszczone rosyjskie miasto górnicze Pyramiden. W tej chwili mieszka w nim sześć osób. Podróżnicy przyznają, że opuszczone miasto robi mocne wrażenie. Wygląda trochę jak z thrillerów, jak z powieści Tess Gerritsen. Jakby ludzie nagle zniknęli, i to w trakcie codziennych czynności. Na stołach są jeszcze talerze, w szafach ubrania. Jakby wstali od stołów, wyszli i nigdy nie wrócili. Obecnie Pyramiden jest rosyjską atrakcją turystyczną. Za grube pieniądze można zwiedzić miasto z przewodnikiem czy w barze zjeść pielmieni, czyli rosyjskie pierożki. – Skorzystać z toalety czy prysznica jest już trudniej – opowiadają podróżnicy. – Rosjanka pracująca w barze zaproponowała, żebyśmy się wykąpali… w jeziorze, w którym temperatura wody wynosiła nieco powyżej zera… Żeglarze dotarli w końcu do Longyearbyen, stolicy Svalbardu. – To chyba najdroższe miejsce na świecie – orzekają. – O ile w Norwegii wszystko jest drogie, to tam jest trzy razy droższe. Niesamowity klimat – przyznają. – Kocioł wszelkich nacji. Dwa tysiące ludzi i trzy tysiące niedźwiedzi. Prawo wyspy mówi, że nikt nie może tam się urodzić i nikt nie może umrzeć. Nie ma więc ksiąg urodzin i zgonów. Ludzie są bardzo specyficzni; mało kto przebywa tam dłużej niż 10 lat. Zwykle przyjeżdżają na kilka lat, jakby szukając spokoju, odosobnienia. W Svalbardzie znajduje się Globalny Bank Nasion. W wiecznej zmarzlinie przechowywane są nasiona z całego świata. – Każdy kraj na świecie został zaproszony do tego projektu – opowiada Dariusz. – Znajdują się tam nasiona najbardziej unikatowych roślin na ziemi. Prawdziwa Arka Noego. W razie apokalipsy to jest miejsce, z którego świat może się zacząć odradzać… •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama