Nowy numer 48/2020 Archiwum

Wygrał mecz

– Byle co zjadł, byle co ubrał, byle gdzie spał. Taki był nasz Hiobek.

On nie myślał o robieniu kariery zakonnej, nie szukał wygodnej posady, nie bał się wyzwań, które stawiały przed nim Kościół i zakon – w ten sposób o śp. ojcu Hiobie Rafale Środowskim OFM mówił jego przyjaciel o. Medard Hajdus OFM, wikariusz pracujący w Katowicach-Panewnikach.

Ojciec Hiob pochodził z Tychów, przeżył 38 lat, z czego 16 spędził w zakonie, a 12 w kapłaństwie. Zmarł nagle 12 lipca. Spoczął 16 lipca w Panewnikach.

Ojciec Medard poznał go w seminarium. Później spotykali się, pracując na tych samych placówkach. Przyjaciel towarzyszył o. Hiobowi także w dniu jego niespodziewanej śmierci. 

– W tym tygodniu mieliśmy być w Bieszczadach – mówił w homilii pogrzebowej. – W sobotę zabrał mnie ze sobą, gdy wracał z dziećmi autokarem ze Zwardonia. Powiedziałem mu, że zostanę – „I tak w niedzielę tu będziesz” – że za bardzo mi się nie chce taki kawał jechać [do Chocza, diecezja kaliska przyp. JJ]. Ale gdzieś w środku było przekonanie: jedź, żeby go przypilnować, bo znając Hioba, wyjedzie na ostatnią chwilę. Wieczorem zrobiliśmy sobie grilla, zobaczyliśmy wspólnie film. Rano po śniadaniu prosiłem: „Wyjedźmy po obiedzie”. A on uspokajał, że chce być na odpust Matki Bożej Szkaplerznej z parafianami. Zagrał mecz, strzelił bramkę. Po pierwszej połowie zdecydował się odpocząć. I tak już z woli Bożej zostało.

To był jego ostatni parafialny festyn.

– Zawsze mocno uczulony był na tzw. prywatę zakonną. Uważał, że telewizor jest jednym z największych wrogów zakonnej wspólnoty. Szczególnie ten w pokojach – mówił o. Medard, wymieniając placówki, na których posługiwał śp. franciszkanin. Były to parafia św. Franciszka w Chorzowie-Klimzowcu, św. Ludwika Króla i Wniebowzięcia NMP w Katowicach-Panewnikach i św. Andrzeja Apostoła w Choczu w Wielkopolsce, na północ od Kalisza. Tam dwa lata temu został gwardianem i proboszczem.

– Młodzi, byliście zawsze dla niego siłą napędową. Inspirującą i przynoszącą ogrom radości. Piłka nożna, basen, szczególnie ukochane Bieszczady, gdzie odpoczywał w Bożej obecności. Jedno określenie: Boży szaleniec! To on, jako proboszcz, przejechał 18 km na rolkach w habicie, ciągnąc za sobą ukochane i rozbawione dzieci i młodzież. W ten sposób prowadził do źródła. Do Chrystusa – wspominał jego przyjaciel.

W homilii podkreślał pokorę, skromność, uczciwość oraz zawierzenie Bogu, jakie towarzyszyły jego kapłańskiej drodze. – Najpierw parafia, potem wspólnota, dla siebie pozostawiał niewiele.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama