Nowy numer 48/2020 Archiwum

#slask

Czyli rzecz o smartfoniorzach i korfanciorzach.

Na regionalnym rynku wydawniczym coraz więcej śląskich, a nawet śląskojęzycznych publikacji. Zapowiadane są kolejne i kolejne. Świetna sprawa. Gołym okiem widać, że nadrabiamy zaległości w dziedzinie edukacji regionalnej, a śląskość nie jest już czymś wstydliwym, krępującym. Nareszcie można się nią asić, być z niej dumnym.

Ostatnio mam wręcz wrażenie, że doświadczamy jakiejś wydawniczej klęski urodzaju. Kto jest w stanie przeczytać wszystkie te śląskie książki i czasopisma od deski do deski? Zapamiętać daty, postacie, zdarzenia, o których przez dekady z różnych względów się nie wspominało, a dziś, kiedy nareszcie można, okazuje się że jest tego wszystkiego tyle, że „nie przerobisz”. 

Sterta roztomajtych silesiaków rośnie na moim biurku i rośnie, coraz bardziej przypominając glinianą górę z pewnej baśni autorstwa Marty Tomaszewskiej. Jak to ugryźć? Jak nie przeholować? W jaki sposób nadal się rozwijać, samoedukować regionalnie, a przy tym nie obrzydzić sobie wiadomej tematyki? Cóż, żyjemy ponoć w cywilizacji obrazkowej, więc może to właśnie "obrazki" pomogą w uporaniu się z moim dylematem? 

Masowo czaskane i wciepowane do internetu „smartfonowe” zdjęcia z regionu, to już zjawisko. Wielu psioczy na tę facebookowo-instagramową nowomodę fotografowania wszystkiego i wszystkich, ale gdy przyjrzeć się dokonaniom niezliczonych fotografów-amatorów, którzy prezentują swoją twórczość on-line, dostrzec można, że Śląsk na ich fotografiach jest bardzo często inny od tego stereotypowego, czy prezentowanego w mediach.   

Pewnie, że czasem ktoś strzeli sobie fotkę pod Spodkiem, jakimś kopalnianym szybem, czy na tle utopca z bieruńskiego rynku, ale mam wrażenie, że więcej jest tam Śląska "nowego". Zamiast tego ikonicznego (familoki, krupniokowo-piwne festyny, kobiety w strojach śląskich), widzimy często parki, zadbane miejskie skwery, modne knajpy. W skrócie: więcej tu mody i przyrody. Jest bardziej luzacko, prywatnie, kolorowo. 

Dawno, dawno temu Skamandryci apelowali o to, by sztuka była bliżej codzienności. Lechoń marzył, by wiosną mógł wreszcie wiosnę, a nie tylko Polskę zobaczyć. Dziś coś podobnego wyprawiają śląscy smartfoniorze. Kierują naszą uwagę w inną stronę. Uświadamiają nam, że przecież Śląsk nie kończy się na Korfantym na cokole i kilku zabytkowych gmaszyskach wokół niego. Że prócz tego, co „książkowe”, historyczne (o co tak często i łatwo potrafimy się kłócić), jest także (przede wszystkim!) normalne, codzienne, współczesne śląskie życie.

Dobrze, że tak wielu ludzi jest e-kronikarzami właśnie tego Śląska. To dzięki nim możemy zobaczyć inną, mniej znaną twarz regionu. I - choć na chwilę - oderwać się od książek, nadal pozostając jednak w śląskich klimatach :)

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama