Nowy numer 44/2020 Archiwum

Tąpnięcie na "Wujku" było jak tsunami

Wstrząs o energii 4x10 do potęgi 9 J można porównać do wybuchu tony trotylu – mówił prezes Katowickiego Holdingu Węglowego Zygmunt Łukaszczyk.

Prezes Łukaszczyk porównał to tąpnięcie do podziemnego tsunami. Podkreślał, że w ciągu ostatnich 30 lat nie zanotowano na Śląsku tak potężnego wstrząsu. Nie było to zwykłe załamanie się skał, ale ruch uskokowy, przesunięcie się skał.

Na kopalni „Wujek” ruch Śląsk została podsumowana najdłuższa i najtrudniejsza akcja w historii polskiego ratownictwa górniczego. Śmierć ponieśli w niej 44-letni ślusarz i 36-letni sztygar. Sztygar pracował w kopalni od ponad 3,5 roku, był żonaty. Ślusarz pracował w kopalni aż 24 lata i 10 miesięcy, był żonaty, miał jedną córkę.

Aby ich ratować, wykonano odwiert z powierzchni, po raz pierwszy na świecie tak głęboki, sięgający 1054 metrów. W 2010 roku odwiert ratowniczy wykonano także po katastrofie w kopalni w Chile, był jednak znacznie krótszy – miał 625 metrów. W Chile ratownicy starali się dowiercić do przestrzeni o powierzchni 50 metrów kwadratowych. Trafić udało się im dopiero po kilku nieudanych próbach. Tymczasem teraz na Śląsku wiertło trafiło za pierwszym razem, i to w obszar o powierzchni zaledwie 6 metrów kwadratowych. To zasługa inżynierii geologiczno-górniczej najwyższej próby oraz innowacyjnej metody wiercenia – przy pomocy tzw. silnika wgłębnego.

Odwiert trafił w przestrzeń przy telefonie – bo 40 sekund przed tąpnięciem górnicy próbowali z niego dzwonić. Spuszczona 1050 m pod ziemię górników jednak nie dostrzegła, nikt też nie odpowiedział na emitowane z głośników nawoływania ratowników.

Jednocześnie ku zaginionym przebijał się pod ziemią kombajn, tworząc chodnik ratowniczy. Wydrążył w sumie aż 743 metry wyrobisk. Nie zdarzyło się dotąd, żeby zawał objął ogromną przestrzeń ponad 700 metrów, niszcząc doszczętnie obie drogi, którymi zwykle można opuścić ścianę – pierwszą, którą napływa świeże powietrze, i drugą, którą odprowadzane jest powietrze zużyte.

Po otwarciu drogi przez kombajn, ratownicy penetrowali wyrobiska w strasznych warunkach, w temperaturze przekraczającej 40, a chwilami nawet 50 stopni Celsjusza, przy wilgotności sięgającej 90 procent. Na twarzach mieli maski tlenowe. W czasie konferencji opowiadali, że z ciężkimi aparatami na plecach ledwie przeciskali się przez wyrobiska o wysokości 80 cm, które zmniejszały jeszcze wystające tu i ówdzie rury i pogięte żelastwo. Przed tąpnięciem te wyrobiska miały 3,5 metra wysokości.

15 czerwca udało się znaleźć ciała górników Leszka i Marcina. Z powodu tej ciasnoty ratownicy nie umieliby w godny sposób przenieść ciał, musieli więc to odłożyć. – Najtrudniejsze było, że musieliśmy ich tam zostawić – mówili na konferencji ratownicy Piotr Obłój i Mirosław Czerwiński.

Przez kolejne kilka dni kombajn drążył kolejny chodnik w kierunku ciał górników. Zostały one wywiezione na powierzchnię w ostatni poniedziałek 22 czerwca, przeszło dwa miesiące po tąpnięciu.

Ratownicy z ruchu Śląsk znaleźli ciała górników około 300 metrów od telefonu, z którego próbowali dzwonić tuż przed tąpnięciem. Można z tego wywnioskować, że obaj górnicy przeżyli ten wstrząs i szukali wyjścia. Znaleziono ich przy zakleszczonej tamie wentylacyjnej, której prawdopodobnie nie umieli otworzyć. Nawet jednak, gdyby im się to udało, dalej droga była już kompletnie zablokowana przez zawał.

Na temat przyczyny śmierci górników wypowiedzą się biegli. Górnicy przypuszczają, że zabrakło im tlenu, który został wyparty przez metan.

Tąpnięcie na "Wujku" było jak tsunami   Przy stole ratownicy z kopalni "Wujek" ruch Śląsk, którzy znaleźli i wyciągnęli ciała górników Przemysław Kucharczak /Foto Gość

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama