GN 28/2018 Archiwum

Uratowani

Świadectwa. Jezu, ufam Tobie. Zrób coś!

Sebastian Obremski: Szatan nie chciał ze mnie zrezygnować. W nocy czułem jego obecność. Myślałem, że wariuję. Leżałem całe noce na podłodze i odmawiałem Różańce.

  Sebastian Obremski
Aleksandra Pietryga /foto gość
Było nas pięciu kumpli. Mocno weszliśmy w świat narkotyków. Wydawało się nam, że świat stoi przed nami otworem. Imprezy, alkohol, kradzieże, pieniądze. Jeden z nich już nie żyje. Popełnił samobójstwo. Drugi siedzi w więzieniu. Trzeci dalej ćpa...

Mnie uratowała dziewczyna. Moja obecna żona. Znaliśmy się od zawsze. Kochałem ją, można powiedzieć, od piaskownicy. Dla niej rzucałem kumpli; żeby z nią być, potrafiłem zrezygnować z najlepszej imprezy. To Bóg mi ją dał. Ona była moim aniołem stróżem.

Wychowałem się w rodzinie, w której miłości nie było. O takich mówi się: patologia.Mama nadużywała alkoholu, ojczym tak samo. Byłem ja, siostra i brat. Każdy miał swój świat. Rodzice nie interesowali się, dokąd idziemy, gdzie nocujemy. Czasem znikałem z domu na trzy, cztery dni. Kiedy wracałem, mama rzucała: „Żyjesz?”. I tyle.

Byłem dzieckiem niechcianym. Mama przez 9 miesięcy ukrywała swoją ciążę. Kiedy zaczęły się bóle porodowe, uciekła z domu na deszcz i wiatr. Na ulicy zatrzymała jakiś samochód. Przez siedem dni nikt nie wiedział, gdzie jest. Po tygodniu wróciła ze szpitala... ze mną w beciku.

Urodziłem się 1 listopada. Można powiedzieć, że całe niebo chciało się za mną od ręki wstawiać. Jednak nie zostałem od razu ochrzczony. Dopiero kiedy byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, dzięki determinacji mojej katechetki przyjąłem chrzest i Komunię.

Kiedy miałem 24 lata, urodziła mi się córka. Cieszyłem się, chciałem zapewnić rodzinie lepsze życie, niż to, które ja miałem. Ale byłem już zniewolony. Nosiłem pierścień Atlantów, wierzyłem w znaki zodiaku. Oprócz tego alkohol, narkotyki. Brałem wszystko oprócz kokainy i heroiny. I tylko dlatego, że do nich nie było łatwego dostępu. Kilka razy przedawkowałem, myślałem, że już umieram. Pamiętam czterogodzinną „jazdę” po zażyciu LSD... Resztką sił padłem na kolana i błagałem: Boże, zabierz to, ratuj mnie! To nie była do końca świadoma prośba, ale Bóg potraktował mnie poważnie.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama