Nowy numer 42/2021 Archiwum

To nie czas na pokutę

O trzech dniach jednego święta i ludziach paschalnych ze Sławomirem Witkowskim, gitarzystą, kompozytorem i aranżerem, kantorem w parafii św. Jadwigi w Chorzowie, rozmawia Aleksandra Pietryga.

Aleksandra Pietryga: Zdarzyło Ci się płakać podczas liturgii Triduum Paschalnego?

Sławomir Witkowski: Wielokrotnie. To są chwile, do których nie można się przyzwyczaić. Chociaż zawsze czuję na sobie ciężar odpowiedzialności za śpiew. Nie mogę pozwolić sobie na to, żeby gdzieś odpłynąć emo- cjonalnie. (śmiech) Odpowiadam za zaangażowanie scholi, za solistów. Im musi udzielić się moje opanowanie. Kiedy podaję dźwięki, mój głos nie może drżeć. Co roku w Wielki Piątek śpiewam partię narratora w Męce Pańskiej według św. Jana. Zrosłem się już z tą rolą. Jednak do mikrofonu wychodzę ze ściśniętym gardłem. Jest taki moment w tej perykopie, kiedy Jezus umiera na krzyżu i narrator zostaje sam... Czuję się wtedy dosłownie opuszczony. I kiedy na koniec śpiewam: „Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe”, patrzę na słuchaczy i naprawdę chcę, żeby uwierzyli razem ze mną. Za każdym razem głos mi się łamie...

W czasach, kiedy wszędzie towarzyszy nam pośpiech i nawet liturgia Triduum Paschalnego odprawiana jest szybko, rzadko w kościołach można usłyszeć Pasję śpiewaną.

Dla mnie czymś całkowicie naturalnym jest śpiewana liturgia słowa i nieraz zapominam, że faktycznie nie w każdej parafii tak jest. A według mnie to najczystsza forma dotarcia ze słowem Bożym do słuchaczy. Czytając, ulegam pokusie interpretacji tekstu czy zmieniania go modulacją głosu. Mogę wspaniale przeczytać słowo Boże, wręcz aktorsko. Ale to słowo jest samo w sobie doskonałe i tak głębokie w treści, że nie trzeba go poprawiać.

Każda próba podrasowania tego słowa zaciemnia Boży przekaz?

Dokładnie. Dlatego śpiew najlepiej obiektywizuje słowo Boże. Kościół w chorale gregoriańskim od ponad tysiąca lat przekazuje gotowe schematy śpiewania lekcji. Proste zasady. Czysta forma. I ta prostota służy proklamacji słowa Bożego.

Jesteśmy przyzwyczajeni do szatkowania Triduum na poszczególne dni. A tymczasem to było jedno wydarzenie zbawcze.

Tak, dla mnie to właśnie jest jedno wielkie święto. Rozpoczyna się od słów: w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej, a kończy błogosławieństwem po procesji rezurekcyjnej. Jedna wielka liturgia. Czas pomiędzy poszczególnymi jej momentami odbieram jako trwanie w takim zawieszeniu, tęsknocie przy krzyżu, przy grobie Pańskim, i dziwię się, dlaczego nie ma mnie w kościele (śmiech). Mam taki przywilej, żeby przeżywać tak ten czas, w oderwaniu od obowiązków zawodowych. Dzisiaj myślę sobie, że gdyby kiedyś przyszło mi zmienić robotę, to stanąłbym na głowie, żeby na te dwa dni wziąć urlop.

W parafii św. Jadwigi w Chorzowie podczas Triduum Paschalnego zjawiają się tłumy. Pomimo, że liturgia nie należy do najkrótszych, ludzie przyjeżdżają z odległych krańców diecezji.

Bo mamy paschalnego proboszcza (śmiech). Ks. Emanuel Pietryga żyje cały rok wydarzeniami, które dokonują się podczas tych trzech dni. Dlatego tak bardzo zależy mu, żeby liturgia była przygotowana na najwyższym poziomie, żeby wszyscy przeżyli maksymalnie głęboko te wydarzenia zbawcze. Jako kantor parafii staram się, by dobór i wykonanie śpiewów były jak najlepsze. Bezpośrednie przygotowanie scholi trwa od Środy Popielcowej, ale tak naprawdę jest kulminacją całorocznej, stałej pracy. Chodzi też o zaangażowanie serca. Bylejakość odstrasza, zwłaszcza w Kościele.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama