Nowy numer 44/2020 Archiwum

To jest ich gra

Jedno państwo, dwa światy. Pierwszy, w którym życie toczy się normalnie, ludzie robią zakupy, spacerują z wózkami. I tylko wszechobecne niebiesko-żółte barwy, zwisające z okien flagi, chorągiewki powtykane w szpary, pomalowane mosty obwieszczają narodową mobilizację. Świadczą o tym, że gdzieś za rogiem istnieje ten drugi, groźniejszy świat.

Wrócili z Ukrainy. Ponad 20 wolontariuszy ze Śląska. Pozostawili tam samochody terenowe, którymi przywieźli odzież termiczną, peleryny wojskowe, paramedyki, koce, żywność, zeszyty, książki dla dzieci. Akcję „Jestem Polakiem – wspomagam Ukrainę” zorganizowało katowickie Stowarzyszenie „Pokolenie”. Wrócili, ale mogło być różnie... – Wojna na Ukrainie jest rzeczywistością – stanowczo podkreśla Przemysław Miśkiewicz kierujący stowarzyszeniem. – To jest wojna, w której walczący Ukraińcy są absolutnie przekonani, że należy bić się o niepodległość i niezawisłość państwa. Warto zginąć za to. Choć to wojna pozbawiona całkowicie racjonalności. Według naocznych świadków regularna, wyszkolona armia jest mniejszością. Oddziały są złożone przede wszystkim z ochotników.

To przypomina zbieraninę „żołnierzy” w różnobarwnych mundurach, z naszywkami niemieckimi, brytyjskimi. Z karabinami sprzed 50 lat. Czują, że tej wojny takimi siłami nie wygrają, że właściwie zostali sami, bo Unia Europejska jasno pokazała, że to nie jest jej gra. Do ludzi sprawujących władzę w państwie już zaufania nie mają. Po co więc walczą? – Ukraina jest przeobrażona, ludzie odzyskali tożsamość narodową – twierdzi P. Miśkiewicz. – To ma swoje odniesienie także w kwestiach wiary. Mocno podzielone religijnie społeczeństwo zaczyna razem się modlić. Ludzie garną się do kościołów, odsuwają na bok spory ideologiczne. Największym zaskoczeniem dla tych, którzy wrócili z Ukrainy, był fakt, że poza frontem życie toczy się normalnie. – We Lwowie czy w Kijowie wszystko wygląda tak, jakby nic złego sie nie działo, jakby w kraju nie było wojny: gra muzyka, ludzie siedzą w kawiarniach – opowiada Romek Koszowski, fotoreporter „Gościa”, który jako kierowca i wolontariusz wziął udział w konwoju. – Nawet w Słowiańsku widziałem ludzi kąpiących się i opalających nad brzegiem małego jeziora. Jakby nie byli świadomi toczących się tuż obok walk. Dopiero wieczorami miasta na wschodzie pustoszeją. Ludzie zaszywają się w domach. Boją się wygłodniałych separatystów, którzy pochowani w lasach, nocami wychodzą rabować. – W atmosferę wojny tak naprawdę wchodzi się po przekroczeniu strefy ATO, czyli obszaru akcji antyterrorystycznej – relacjonuje Wojciech Skwira, uczestnik akcji.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama