Nowy numer 49/2020 Archiwum

Wiedziałam, 
że wrócisz


Żałoba nie zawsze trwa rok. Czasem dwa lata, czasem pięć lat, czasem całe życie. A tęsknota nigdy się nie kończy...

Wie pani, to takie wredne


W mieszkaniu państwa Łęckich królują stylowe meble, portrety Józefa Piłsudskiego i żywe kwiaty w wazonie. Z oprawionych w ramki fotografii spogląda przystojna męska twarz o klasycznych rysach. – To Łapicki? – Skąd! To mój mąż Mieczysław Łęcki.

Był znanym aktorem. 35 lat spędził na scenie. W domu siadał przy wielkim rzeźbionym biurku, ucząc się setek ról teatralnych. – Poznałyśmy go dwa miesiące przed śmiercią – mówi Renata Dziewior, pielęgniarka z hospicjum św. Franciszka. – Uroczy, cierpliwy starszy pan. Można się było zakochać...


Pani Danuta poznała męża w 1945 roku, gdy jako młody aktor z opolskiego teatru został dokwaterowany do mieszkania jej rodziców. Takie były czasy: uciążliwa gospodarka lokalowa po II wojnie światowej pozwalała na to, by do prywatnych mieszkań w kamienicach, bez zgody właściciela, wprowadzali się obcy ludzie. W tym przypadku dziwaczna polityka okazała się opatrznościowa. Wojna właśnie wyszła tylnymi drzwiami, przepuszczając w progu młodego mężczyznę, o urodzie wywołującej przyspieszone bicie serca. – Wprowadził się do mojego życia i tak już został – uśmiecha się pani Łęcka.

W małżeństwie żyli 62 lata. Kiedy mąż zaczął się źle czuć, rozpoczęła się wędrówka po szpitalach, po lekarzach. Ostateczny wyrok: rak trzustki. – Wie pani, to jest takie wredne, trudne do zdiagnozowania miejsce – mówi pani Danuta. – Kiedy wreszcie odkrywa się prawdę, zwykle jest już za późno...
 Lekarze robili, co mogli, ale pan Mieczysław niknął w oczach. W końcu poproszono żonę i córkę do gabinetu lekarskiego. „Muszą panie zgłosić się do hospicjum. Same nie dacie rady opiekować się nim...”. – Usłyszeć takie zdanie nie jest łatwo – mówią ludzie z hospicjum. – To zawsze jest szok dla chorego i dla jego bliskich. Im wcześniej jednak podejmiemy decyzję o wyborze hospicjum, tym szybciej mamy szansę uzyskać kompleksową pomoc i odzyskać względną równowagę, potrzebną do dalszej walki o komfort chorego.


Mam zgodzić się na śmierć?!


Takie słowa brzmią jak wyrok śmierci. – Mam przyjaciółkę, która wcześniej straciła rodziców, ale w czasie ich choroby rodzina była pod opieką hospicjum. To było wiele lat przed chorobą mojej mamy – opowiada Beata Skwara. – I ona wtedy opisywała mi, jak wiele zawdzięcza ludziom pracującym w tej instytucji, lekarzom, pielęgniarkom, wolontariuszom. Powiedziała mi: „Wiesz, to są anioły. Byli przy mnie, gdy najbardziej tego potrzebowałam”. I ja o tym pamiętałam. Ale kiedy moja mama sama powiedziała, że już czas na hospicjum, zbuntowałam się. Że jeszcze za wcześnie, że przecież wszystko może się zmienić, być może zdarzy się cud...

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama