Nowy numer 39/2020 Archiwum

On mnie tak dosyć lubił

Spotkania z Janem Pawłem II. – Już bardzo kuleję na zdrowiu. Teraz jeszcze prosiłbym Pana Boga, żebym mógł tutaj doczekać jego kanonizacji. No, może się to uda. Już niedużo czasu zostało, prawda?

Niewiele pamiętam – mówi ks. Franciszek Wąsala, gdy pierwszy raz do niego dzwonimy. Nie do końca chce się zgodzić na rozmowę. – Są takie dni, że jestem bardzo słaby albo troszkę znowu mocniejszy – opowiada bardzo cichym głosem.

– Dzisiaj jeszcze jakiś taki jestem. Proszę sobie wyobrazić, że jestem po 13 operacjach. Mam tylko pół żołądka, dwa razy operowaną trzustkę, nie mam woreczka żółciowego, o ślepej kiszce to już nawet nie ma co mówić. Śmieję się, że niedużo, ale jeszcze trochę mózgu mi zostało. Dziękuję Panu Bogu, a czasem bardzo przepraszam, że jeszcze narzekam – mówi jak na spowiedzi.

Szczynśliwo bestyjo

– 2 kwietnia 2005 roku, jak miałem 85 lat, w moje urodziny papież urodził się dla nieba. Ja myślałem sobie, że on mi się zrewanżuje [że 18 maja, w urodziny ojca świętego, ks. Franciszek zakończy swe ziemskie życie – przyp. aut.]. Zrewanżował się, ale w inny sposób. Bo ja byłem chory i wtedy mi się polepszyło, w ten dzień – śmieje się 94-letni dziś kapłan.

Dodaje z przekonaniem, że ta więź trwa. – Z jednego rocznika jesteśmy, ja jestem 6 tygodni starszy – tłumaczy. – Żart taki zrobiłem kiedyś, jak jeszcze nie był papieżem. Powiedziałem: „Dobrze, że jest biskupem, bo jakby nie był i jakbyśmy byli parafiany, do kiosku po papierosy to on musiałby lecieć, jako młodszy” – śmieje się. – Właśnie dlatego myślę sobie, że on mnie tak dosyć lubił. Ja zawsze musiałem te śląskie wice, żarty opowiadać – tłumaczy staruszek.

– Kawałów nie za bardzo już pamiętam (myśli) Nie wiem, czy ten mi wypada powiedzieć... To była tako ślonsko pieśniczka: (śpiewa) „Lecioł pies bez pole, łogonym wywijo, pewnie jest kawaler, szczynśliwo bestyjo! Oj, dana, oj, dana! Drugi tyż tam lecioł, łogon mioł spuszczony, pewnie je żyniaty, dostoł w pysk od żony! Oj, dana, oj, dana!”. Ale nie wiem, czy to tak można pisać... – uśmiecha się.

Ni móm czasu

Ksiądz Franciszek urodził się 2 kwietnia 1920 r. w Kluczborku. W tym czasie Opolszczyzna należała do Niemiec, Wąsalowie byli jednak Polakami. W plebiscycie z 1921 r. opowiedzieli się za Polską, z tego też względu musieli opuścić Opolszczyznę i zamieszkać na terenie Rzeczypospolitej. Przesiedlili się do Katowic, gdzie zamieszkali w kamienicy przy ul. Jagiellońskiej, niedaleko dzisiejszej siedziby Urzędu Marszałkowskiego.

– Kończyłem gimnazjum maturą w Katowicach na Mickiewicza. To były wtedy 4 klasy szkoły powszechnej i 8 klas gimnazjum. Dwa rodzaje gimnazjum były – matematyczno-fizyczne i humanistyczno-klasyczne. Ja chodziłem do humanistyczno-klasycznego. Grekę umiałem tak dobrze, że jeszcze po wojnie egzamin magistra mam właśnie dzięki grece. Jak patrzę na tych, co dzisiaj szkolą, to się dziwię bardzo. Myślę sobie, że taka dobra rzecz jak komputer z drugiej strony niszczy myślenie. Telewizji oglądam niedużo, bo już ni móm czasu – tłumaczy 94-latek.

Zaraz potem wyjaśnia, jak wygląda życie emerytowanego proboszcza: – Cztery Różańce, potem koronka trzy razy, brewiarz też jeszcze odmawiam. My też przeszkadzamy mu w modlitwie różańcowej. Paciorki trzyma w ręce przez cały czas naszej rozmowy. – Najwięcej to lubię oglądać „Jeden z dziesięciu” – śmieje się. – Sprawdzam, ile wiem, a ile już nie wiem tych nowych rzeczy, tych pieśniarzy dzisiejszych... Znam za to operowe arie, i polskie, i niemieckie – wyjaśnia. Ks. Franciszek biegle mówi po niemiecku.

– Ja byłem w czasie wojny na robotach – wspomina i... milknie. Jednak po chwili ciszy zdecydowanie dodaje: – I na studiach. Mam pięć miejsc, gdzie studiowałem: Kraków, Widnawa, Salzburg, Fulda, Wiedeń. Aż tam, we Wiedniu, mnie złapali i byłem dwa lata na robotach. Wróciłem do Krakowa i z dwoma kolegami, którzy też ze mną byli w Wiedniu, od biskupa Stanisława Adamskiego dostałem przyspieszone święcenia 22 grudnia 1945 r.

To właśnie tam poznał Karola Wojtyłę. Nie pamięta jednak, jakim studentem był przyszły papież. – On zaczął studiować dopiero w czasie wojny, a ja już przed wojną skończyłem rok – wyjaśnia. Ksiądz Wąsala był alumnem seminarium śląskiego. Po wybuchu II wojny światowej okupanci zamknęli seminarium i Uniwersytet Jagielloński, na którym polonistykę studiował wówczas Karol Wojtyła.

Ks. Franciszek kontynuował naukę w Salzburgu i niemieckiej Fuldzie, skąd – jako polski obywatel – został usunięty przez hitlerowców. Wyjechał do Wiednia, gdzie nielegalnie uczestniczył w wykładach z teologii. Doskonale mówił po niemiecku, nie uwierzono więc, gdy na jaw wyszło, że jest Polakiem. Dostał paszport bezpaństwowca i został wysłany na roboty. W 1945 r. wrócił do Krakowa. W tym samym roku przyjął święcenia kapłańskie.

Był wikarym w Piekarach-Szarleju, dalej w sanktuarium Matki Boskiej Piekarskiej, Brzozowicach-Kamieniu, Rudzie Śląskiej, Świętochłowicach-Zgodzie, a od 1957 r. – proboszczem w Żorach-Roju, gdzie wybudował kościół pw. Świętego Krzyża. Od stycznia 2013 r. jest mieszkańcem Domu Księży Emerytów w Katowicach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama