Nowy numer 39/2020 Archiwum

Ostatni weteran

Zmarł ostatni uczestnik zwycięskiej dla Polaków bitwy wyrskiej z września 1939 roku.


To kapitan Franciszek Grzegorzek. Cztery miesiące przed śmiercią przejmująco opowiedział „Gościowi Katowickiemu” o dniu 2 września 1939 roku, w którym chwałą okryły się śląskie pułki Wojska Polskiego. Żołnierze Wehr-
machtu, którzy podchodzili już pod Tychy, zostali wtedy odrzuceni na drugą stronę lasu wyrskiego, dzięki serii polskich kontrataków. Franciszek – wówczas kapral – wziął udział w jednym z nich, prowadząc 22 żołnierzy ze swojej drużyny.


Nimce wyskakiwali i uciekali


Biegli z bagnetami zatkniętymi na swoich mauserach, wraz z całym III batalionem 75. Pułku Piechoty z Chorzowa. „Porwalimy sie: »Huraaa!«. Pomoczylimy sie przez rzeczka Gostynka, ręczne granaty my ciepli do nimieckich okopów. A Nimce wyskakiwali i uciekali. Jak kiery zostoł, wołoł: »Hilfe!«. Gonilimy ich przez cały las, aż na jego zachodnio strona. Do tego kontrataku poszoł cały nasz batalion. Wiysz, jako to masa ludzi? Aż sześćset żołnierzy! Mielimy poczuci zwycięstwa” – mówił.
Z lasu wyrskiego wycofał się ze swoją jednostką 3 września, bo Niemcy przerwali polski front na innych odcinkach. Do końca życia nosił pamiątkę po wojnie obronnej Polski 1939 roku – odłamek w pobliżu mostka, z prawej strony. Został nim uderzony pod Zwierzyńcem na Roztoczu, gdzie skończyła się dla niego walka.
Kiedy się wykurował, uciekł z niewoli. Był wtedy zuchwałym 20-latkiem, więc widząc na ulicy w Jarosławiu ruszający na zachód konwój niemieckich ciężarówek, po prostu wdrapał się pod plandekę ostatniej z nich i schował się za skrzyniami. „Przed Sanem była kontrola, ale Nimiec mie nie ujrzoł. Ale wiysz, że Nimcy z szoferki o mie wiedzieli? Nie wiym jak. Za Sanem jedyn na mie zawołoł: »Mensch!« i spytoł, czy żech jest głodny. Jo im padoł: »Javohl!«. Dali mi chlyb i puszka ze śledziami. Nie pytali, czamu jada na Śląsk, choć musieli sie domyślać. Patrz, jacy som na świecie ludzie” – wspominał w rozmowie z nami. Niemcy jechali do Łańcuta. 200 metrów przed bramą tamtejszego pałacu zwolnili, żeby ich koledzy nie widzieli, że kogoś wiozą, i wysadzili Franciszka. Dalej już poszedł pieszo. W Pszowie z okrzykiem: „Francik, ty żyjesz!” rzucili mu się na szyję brat Antoni i siostra Franciszka. Miał później jeszcze sporo kłopotów. Był synem i wnukiem powstańców śląskich, więc odmówił podpisania folkslisty nr 3. Od 1942 do 1974 r. pracował w kopalni „Anna” w Pszowie, dochodząc do stanowiska kierownika oddziału.
Doczekał się 3 dzieci, 6 wnuków i 12 prawnuków. Zmarł w wieku 94 lat. Przed Bożym Narodzeniem był jeszcze na spotkaniu kombatanckim w Katowicach, z którego sam wrócił do Pszowa autobusem.


Z nim żegnamy pokolenie


– Z nim żegnamy pokolenie, które kierowało się w życiu hasłem: „Bóg, Honor, Ojczyzna” – mówił na pogrzebie ks. prał. Józef Fronczek, proboszcz bazyliki w Pszowie. Wspomniał, że to hasło widnieje na wojskowych sztandarach. – Polacy zawsze gromadzili się wokół tego sztandaru i tej idei – powiedział. Podkreślał, że nieprzypadkowo Bóg jest tu na pierwszym miejscu, podobnie jak wśród 10 przykazań. Tłumaczył, że jeśli człowiek nie ma uregulowanego stosunku do Boga, nie zrealizuje w swoim życiu także kolejnych przykazań i innych zadań.
– Drugim słowem jest „Honor”. Brakuje nam go dzisiaj i w życiu prywatnym, i społecznym. Zobowiązujemy się, przysięgamy, a potem wszystko się rozmywa – stwierdził ks. Fronczek. – I „Ojczyzna”. Dzisiaj mówi się, że ojczyzna nie jest taka ważna, że ważniejsze jest, żebyśmy byli wszyscy jednym ludem. Jednak, moi drodzy, nie możemy żyć bez matki. To dzięki rodzicom zaistniałeś, dzięki nim żyjesz, jesteś na tym świecie. W dzisiejszym świecie ludzie tracą często relację z rodzicami. Świętej pamięci Franciszek reprezentował to pokolenie, które stawiało Boga na pierwszym miejscu, było honorowe i oddawało życie za ojczyznę – powiedział.
Ksiądz Fronczek wspominał też, jak pan Franciszek zawsze zabiegał, żeby uroczystości państwowe zaczynały się Mszą świętą. – On miał świadomość, jaką rolę w życiu człowieka odgrywa Bóg. Był honorowy, był zawsze obecny tam, gdzie go zapraszano, jeśli się do przyjazdu zobowiązał. I kochał ojczyznę. Dzielił się wspomnieniami nie dlatego, żeby powiedzieć, że dawniej było inaczej i pięknej, ale po to, żeby przekazać idee młodemu pokoleniu – stwierdził.
W pogrzebie kapitana Franciszka Grzegorzka uczestniczyli młodzi mężczyźni z Grupy Rekonstrukcyjnej – Grupy Operacyjnej „Śląsk”. Mieli na sobie polskie hełmy i mundury z września 1939 roku, z emblematami 75. Pułku Piechoty z Chorzowa, właśnie tego, w którym służył śp. Franciszek Grzegorzek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama