GN 42/2020 Archiwum

Spis zmarłych... cyrylicą

Dzień Pamięci o Tragedii Górnośląskiej. O nowej książce o wywiezionych na Wschód Ślązakach mówią dr Dariusz Węgrzyn i Sebastian Rosenbaum z IPN.

Albo na Syberię...


D.W.: Tak, albo w rejon Murmańska. Sporo zależało też od tego, jak obóz był usytuowany i kto był jego komendantem. Wysoka śmiertelność zdarzała się i w niektórych obozach na Ukrainie i Białorusi. To widać w aktach sądowych dotyczących uznania za zmarłego. Dość często znajdowałem w nich nazwę Smolnica – to miejscowość w rejonie białoruskiego Mińska. Tam sporo Ślązaków zmarło. W aktach dotyczących śmierci w Smolnicy jest też zawsze adnotacja: „przy kopaniu torfu”.


Sowieci nie umieli wykorzystać wysokiej kultury technicznej Ślązaków?


D.W.: Co z tego, że wywieziony świetnie obsługiwał na przykład maszyny parowe, skoro w kopalni na Wschodzie, gdzie pracował, ich nie było? Deportowani otrzymywali jakiś kilof, kosz. Najczęściej nie było tam maszyn wyciągowych, tylko chodniki upadowe. Urobek trzeba było więc wynieść albo wypchać na górę. Kompetencje zawodowe tych Ślązaków w zakresie obsługi maszyn czy obróbki metalu, jak się okazało, nie miały więc większego znaczenia. Przydawało się tylko ich doświadczenie pracy pod ziemią. Chociaż mamy też informacje, że specjaliści od głębienia nowych szybów byli wychwytywani. Bo to nie było tak, że Sowieci nie wiedzieli, kogo mają. Oni robili sobie dokładne rozpoznanie, kto się na czym zna.


Ale wywiezionych bardzo źle karmili.


D.W.: W obozach dochodziło do poważnych nadużyć. Widzimy to wyraźnie na przykładzie rozbieżności między praktyką a oficjalnymi statystykami sowieckimi, np. na temat norm żywienia. Na poziomie centralnym było unormowane, ile deportowany miał otrzymywać konkretnych produktów; to było rozpisane co do grama, a nawet kalorii. Zdawałoby się, że powinno być pięknie. Rzeczywistość była jednak inna. Ci ludzie otrzymywali znacznie mniejsze racje żywności. Znaczna część Górnoślązaków została wypuszczona z obozów w 1945, 1946 i 1947 roku. Czyli w okresie, kiedy panowała tam najwyższa śmiertelność. Jeśli jednak ktoś przeżył ten najtrudniejszy, początkowy okres, miał już organizm odporny na wszystkie możliwe choroby.


Ale z drugiej strony deportowani często wspominali, że mnóstwo Ślązaków umarło w pociągach powrotnych do domu albo tuż po powrocie.


D.W.: Tak. To problem dla historyka trudny do zbadania, bo dotyczy psychiki ludzkiej. Część Ślązaków żyła nadzieją, że jednak przeżyją i wrócą. W takiej sytuacji organizm pracuje na 100 procent swoich możliwości, a nawet na 105. Żeby przeżyć, angażuje wszystkie swoje siły. To jakiś stan napięcia, buzowania adrenaliny, bo trzeba żyć, trzeba wrócić do swoich. Jednak w pociągu powrotnym już...


...napięcie opada?


D.W.: Tak. Organizm przestaje pracować na tak wysokich obrotach, bo „przecież jadę do domu, już nic się nie wydarzy”. Transporty powrotne nie były prowadzone już w tak katastrofalnych warunkach jak te jadące na początku 1945 roku na Wschód, kiedy trzeba było szybko przewieźć masę ludzi. Były tam już nawet wagony sanitarne. Trudno powiedzieć, jak wyposażone, ale można już było w nich odizolować chorego, żeby nie zaraził innych. Jednak mimo że warunki powrotu były znacznie lepsze, śmiertelność była nadal duża. Są też znane przypadki, że ta osoba dotarła do domu, przywitała się z bliskimi, a po kilku dniach zmarła.


Córka jednego z wywiezionych opowiadała mi o rolniku o nazwisku Lipok ze wsi Gajowice pod Toszkiem. Kiedy wrócił ze Wschodu, rodzina z radości zabiła świniaka. Dobrze się najadł i od tego się rozchorował. Zmarł w ciągu tygodnia.


D.W.: Bo kolejnym problemem było to, że wywiezieni przez kilka lat jedli bardzo proste i ubogie w środki odżywcze produkty. Naturalną reakcją rodzin było: wraca człowiek, więc trzeba go jak najszybciej odkarmić, bo wygląda jak wrak. A jednak ten proces powinien być stopniowy i prowadzony w sposób bardzo ostrożny. Powracający często zapadali na różne choroby. Tych ludzi nie dało się tak szybko przywrócić do normalnego życia. Deportacja pozostawiła głęboki ślad nie tylko w organizmie, ale i psychice. Trauma dla tych, którzy powrócili, była tak głęboka, że do śmierci nie chcieli rozmawiać na temat swych obozowych przeżyć.•
Dr Dariusz Węgrzyn i Sebastian Rosenbaum są redaktorami książki „Wywózka. Deportacja mieszkańców Górnego Śląska
do obozów pracy przymusowej w Związku
Sowieckim w 1945 r.”, która ukaże się w lutym nakładem Oddziału IPN w Katowicach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama