GN 42/2020 Archiwum

Spis zmarłych... cyrylicą

Dzień Pamięci o Tragedii Górnośląskiej. O nowej książce o wywiezionych na Wschód Ślązakach mówią dr Dariusz Węgrzyn i Sebastian Rosenbaum z IPN.

Przemysław Kucharczak: Czy zbierając materiały do książki „Wywózka...” natknęliście się na historie, które Was poruszyły?


Sebastian Rosenbaum: To książka, w której pytamy o stan i perspektywy badań nad wywózkami, w mniejszym stopniu o indywidualne losy. Ale przecież opowieść o deportacjach to wyłącznie historie, które poruszają. Chodzi nie tylko o tragedie osób wywiezionych, ale i tych, które zostały na miejscu. Jak żona, która nigdy wcześniej nie pracowała, bo mąż dotąd przynosił „geltag”. No i zostały dzieci, zwykle kilkoro. Kobieta musiała iść do pracy, podczas gdy te dzieci miały 2, 3, 5 lat... Takich sytuacji było na Śląsku mnóstwo, bo absolutna większość deportowanych to byli ojcowie rodzin. Może dlatego te wywózki silniej działają na wyobraźnię niż inne wydarzenia z 1945 roku, jak np. demontaż infrastruktury przemysłowej przez Sowietów. Tego nie można porównać, bo tam wywoziło się maszyny, a tutaj ludzi, rozwalając całą strukturę społeczną części regionu! Większość tych wywózek miała przecież miejsce z drugiego, zachodniego płuca GOP, czyli z Bytomia, Gliwic, Zabrza...


...czyli z terenów za przedwojenną granicą Rzeszy.


S.R: Tak. Po polskiej stronie granicy sytuacja była już trochę inna.
Dariusz Węgrzyn: Poza tym te kobiety zostawały z dziećmi same w trudnych czasach powojennych, kiedy decydowało prawo pięści. W takiej sytuacji facet w domu jest pewną ostoją. Deportacje spowodowały, że na Śląsku wyrosło pokolenie bez ojców. Znaczna część wywiezionych nie wróciła, a ci, którym się to udało, nieraz byli inwalidami niezdolnymi do pracy.
S.R.: Po takich przeżyciach ludzie wracają też czasem jako psychiczne wraki, osoby toksyczne, także dla najbliższych. No i jeśli wracali po 2–3 latach, to przecież jest morze czasu dla małego dziecka. Malec nieraz wtedy żebrze, szwenda się, wagaruje, a matka nie jest w stanie nad tym sama zapanować. Dzieci źle się socjalizują. Istniała wtedy na Śląsku groźba zdemoralizowania tej społeczności ze względu na brak autorytetu ojca. Wiemy, jak było to ważne w strukturze tradycyjnej śląskiej rodziny, w której są ojciec i matka, którzy razem pilnują morale i dyscypliny familii. Do całkowitej katastrofy nie doszło prawdopodobnie dlatego, że zagrała wielopokoleniowość śląskich rodzin – najczęściej w wychowanie włączali się dziadkowie.


Na ile przeszkodą w Waszych badaniach jest brak dostępu do dokumentów?


D.W.: Nie zawsze nawet trzeba jechać do Moskwy, bo wiele dokumentów jest w Polsce. Ostatnio przywiozłem z Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie kserokopie list internowanych bądź aresztowanych oraz zmarłych w obozach. Można się w nich doszukać śląskich nazw miejscowości, z których pochodzili deportowani. Oto lista osadzonych z jednego z obozów na Ukrainie. Proszę spojrzeć, zapisano tu w cyrylicy: „Katowice”, a parę linijek wcześniej prawdopodobnie „Kobiór”. A tutaj mam listę zmarłych z obozu w Krasnowodsku, gdzie trafili m.in. ludzie z Łazisk, Orzesza, Rybnika...


Gdzie jest Krasnowodsk?


D.W.: Na obrzeżach pustyni Kara-Kum, w obecnym Turkmenistanie. W dzień było tam plus 45 stopni, w nocy – 0 stopni. Sama nazwa Krasnowodsk wskazuje też na skażoną, słoną wodę. Te warunki przyczyniły się do tego, że na ponad 3200 osób w obozie 60 proc. w krótkim czasie zmarło, głównie z powodu epidemii chorób zakaźnych.


Ale wśród tych 3200 ludzi byli nie tylko Ślązacy?


D.W.: Nie tylko. Z mieszkańcami Górnego Śląska było tam przetrzymywanych m.in. 600 akowców. Na liście zmarłych mamy dokładne daty śmierci tych ludzi i miejsce ich pochówku. Podejrzewam, że tego cmentarza już nie ma. To najczęściej były cmentarze przyobozowe, otoczone drutem kolczastym. Na tabliczkach, przybitych do palików, były wypisane numery grobów. Gdyby to gdzieś się zachowało, wystarczyłoby odnaleźć grób i sprawdzić w księdze, jakiemu nazwisku odpowiada konkretny numer.


Czy takie informacje dzieci i wnuki wywiezionych mogą gdzieś znaleźć? Na przykład w IPN?


S.R.: IPN kompletuje bazę elektroniczną deportowanych, która obejmuje obecnie już prawie 27 tys. nazwisk wraz z pewną pulą informacji osobowych o każdym z wywiezionych. Paradoks polega na tym, że najwięcej danych personalnych o losach deportowanych w Związku Sowieckim można uzyskać z Niemieckiego Czerwonego Krzyża, który od lat przejmuje z archiwów posowieckich kartoteki personalne jeńców wojennych i cywilnych deportowanych z obywatelstwem niemieckim. Są tam m.in. informacje o ich zgonie lub repatriacji. Niemcy zeskanowali już kilkanaście milionów takich dokumentów czy teczek i zdeponowali w siedzibie służby poszukiwawczej Niemieckiego Czerwonego Krzyża w Monachium. Jeśli ktoś z Górnego Śląska wyśle tam zapytanie z podaniem danych poszukiwanej osoby, to z wysokim prawdopodobieństwem może liczyć, że dostanie wydruki z materiałami o jej pobycie w obozie.


Mówi się, że mogła tam umrzeć połowa z wywiezionych. Dlaczego tak dużo?


D.W.: Górnoślązacy mieli, można powiedzieć, pecha, bo trafili do obozów w 1945 roku, kiedy zaczęły do nich napływać miliony ludzi. Wojna się kończy, Sowieci biorą do niewoli miliony żołnierzy i przy okazji kilkaset tysięcy cywilów. Górnoślązacy, jako siła fachowa, zostali skierowani głównie na teren Ukrainy, ale tam nie było infrastruktury. Obozy dopiero tam powstawały. Jakakolwiek pomoc medyczna, jakieś izby chorych – to wszystko było w stadium organizacji. I to się przekładało na wysoką śmiertelność. Epidemie kosiły setki osób. Widać to wyraźnie w statystykach, że wraz z upływem czasu liczba zmarłych malała. Obozami coraz lepiej zarządzano. Oczywiście sytuacja była nadal ciężka, ludzie umierali, ale nie mieli już tak ekstremalnych warunków sanitarnych i warunków życia. Deportowani z reguły nie narzekali też na jakąś brutalność strażników, za wyjątkiem złapanych na próbie ucieczki, którzy byli bici, wrzucani do karcerów. Głównym powodem śmierci były tylko ciężka praca, nędzne warunki życia, uboga w środki odżywcze dieta. No i klimat. Ci, którzy trafili na teren Ukrainy, jeszcze nie mogli na niego narzekać, ale byli Ślązacy, którzy trafili do Kazachstanu.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama