Nowy numer 49/2020 Archiwum

Po śmierci Pana Wojciecha

Powiedział, że najbliższe są mu dwie strofy - opisujące moment, za którym tęskni - by, jak pisał w sonetach Petrarka, spotkać "Pana swego i swą Panią". Nie trzeba tłumaczyć, że chodzi o Boga i ukochaną żonę.

- Nieustannie powracam do jednego pytania, które zadaję sobie w wieczornych modlitwach: Dlaczego to mnie spotkało takie piękne życie? - mówił mi w ostatnim wywiadzie Wojciech Kilar. - Mimo że się trochę nacierpiałem, to wszystko we mnie jest tylko wdzięcznością za nie.

A my, cóż, przez łzy, dziękujemy Bogu za życie i twórczość wybitnego kompozytora. Zamiast pisać ten komentarz, powinnam tu wkleić Jego muzykę. - Muzyka ma moc wręcz fizycznego działania na człowieka - powiedział mi. - Snując rożne rozważania estetyczne, zapomina się, że działa na nasz krwiobieg, nerwy, słuch. Dlatego zamiast czytać ten tekst, powinniśmy posłuchać Jego „Requiem po śmierci Maksymiliana Kolbe” albo „Koncertu fortepianowego”. W jednej z naszych rozmów przyznał, że gdyby miał znaleźć jakiś swój utwór, który najbardziej go wyraża, byłby to właśnie „Koncert”.

Trudno mi pisać te słowa po śmierci pana Wojciecha. Znajomość z Nim była dla mnie wielkim darem. Dzięki wywiadom robionym dla GN zaprzyjaźniliśmy się. Rozmowy publiczne zamieniły się w prywatne. Często prowadziliśmy je przez telefon nocą, bo to była Jego najlepsza pora. On, samotnik, od czasu, kiedy przed 5 laty zmarła jego ukochana żona - Barbara, zwykle wybierał tę porę, żeby w ciszy tworzyć i zwyczajnie żyć. Zresztą ta samotność była dla Niego miejscem spotkań z żoną. Kiedy w zeszłym roku tradycyjnie zadzwoniłam do pana Wojciecha w Wigilię i zapytałam, z kim ją spędza, odpowiedział: „Oczywiście sam, czyli z żoną”.

Kiedy dowiedziałam się o śmierci pana Wojciecha, przyszły mi do głowy Jego słowa, a właściwie słowa Francesco Petrarki z „Sonetów do Laury umarłej”. Kiedy komponował inspirowany nimi utwór „Sonety do Laury”, czytał mi na głos cztery najważniejsze utwory Petrarki. Powiedział, że najbliższe są mu dwie strofy - opisujące moment, za którym tęskni, by, jak pisał w sonetach Petrarka - spotkać „Pana swego i swą Panią”. Nie trzeba tłumaczyć, że chodzi o Boga i ukochaną żonę. Nikt jak On nie umiał mówić, że miłość jest najważniejsza. - W mojej czwartej symfonii „Sinfonia de motu”, czyli „O ruchu”, wybrałem kilkadziesiąt ostatnich linijek „Boskiej komedii” Dantego, gdzie jest mowa o największej sile, która wprawia w ruch słońce i gwiazdy - opowiadał. - A jest nią miłość. Miłość do żony to największa łaska, jaką dostałem od Boga. Jak się kogoś kocha, to wszystko jest w nim wspaniałe.

Mówił o miłości do żony, ale kiedyś, wypełniając „kwestionariusz Prousta”, na pytanie, „kim chciałbyś być w innej odsłonie życia?”, odpowiedział, że księdzem, wyłącznie katolickim. - Wtedy nie musiałbym jak Petrarka opłakiwać Laury – uśmiechał się, komentując to wyznanie.

Był człowiekiem głęboko wierzącym. Codziennie modlił się na różańcu, który miał w każdej kieszeni swojej marynarki. Odmawiał Brewiarz i inne modlitwy jak kapłan. Każde swoje urodziny świętował na Jasnej Górze, którą odkrył w latach 80. Bardzo przeżywał, kiedy został zaproszony do udziału w zmianie sukien na cudownym obrazie Pani Częstochowskiej, do której żywił ogromny kult. Opowiadał, jak bardzo umęczony przez czas jest jej „odkryty” święty wizerunek. Po wywiadzie „Harmonia ducha”, w którym opowiadał o wierze, życiu, miłości do Boga i żony, kilku czytelników dało mi znać, że przejęci Jego świadectwem poszli do spowiedzi.  

Napisał około półtorej setki utworów muzyki filmowej. Ostatni niedokończony do filmu swojego przyjaciela Krzysztofa Zanussiego „Obce ciało”. Reżyserów z całego świata, proszących go o kompozycje filmowe, sprowadzał do swojego domu w Katowicach - miasta, które ukochał. - Pochodzę z Kresów Wschodnich i żartuję, że przeniosłem się z jednych kresów na drugie - powiedział mi. - Właśnie w tym mieście ja, taki trochę rozwichrzony lwowiak, nieco się ustatkowałem. Poza tym Śląsk leży bliżej Europy. Nie salonów paryskich, ale Europy porządnej pracy i odpowiedzialności. Jest to też niewątpliwie „zagłębie muzyczne”.

Najbardziej cenił swoją muzykę instrumentalną, zwłaszcza utwór „Missa pro pace”, pisany przez symbolicznych 9 miesięcy, i „September Symphony”, powstałą po tragedii Word Trade Center, bo miał słabość do Ameryki.

Dziś pewnie już jest w niebie. Razem z żoną, mamą Neonillą, babcią Anastazją. No i swoimi kotami - czarnym, namalowanym przez Jerzego Dudę-Gracza „Bambikiem”, i białą kotką Hildą. (Co tu na ziemi zrobią koty, które do końca dokarmiał przy wyjściu na ogród?) - Chociaż cały czas zdaję sobie sprawę, że w niebie będzie inaczej, niż myślimy - powiedział mi kiedyś. - Nie jakieś tam hurysy i ogrody Semiramidy… Ale dla mnie to oczywiste, że istnieje druga przestrzeń.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama