Nowy numer 38/2021 Archiwum

Trzej przyjaciele ze strychu

Bezdomni u kalkutek. Co? Flaszka. Czego nie ma? Flaszki. Co widzę? Flaszkę. Z czym idę? Z flaszką. O czym myślę? O flaszce. O, flaszko moja!

W drzwiach wejściowych: – Panowie już czekają. Bardzo ucieszyli się, że „Gość” chce o nich coś napisać. Kilku mężczyzn prowadzi do jadalni na górze. Są zadbani, schludnie ubrani i czyści. – Gdyby nie te siostry, nie wiadomo, co by z nami było. Moglibyśmy być już albo „tam”, albo naprawdę na dnie – poharatani, zawszeni, z dziurami w nogach – wyjaśnia pan Mirek. Wie, o czym mówi. W ośrodku był już rok temu. Wyszedł i wrócił. Teraz obiecuje, że wyjdzie, ale już nie z „tą”, a „inną głową”. Bóg, pokora, siostry, pomoc – te słowa jak mantra przewijają się w ich opowieściach.

Trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno, zamiast nich, było jedno, odmieniane na wszelkie możliwe sposoby słowo: „flaszka”. Pan Sebastian do ośrodka trafił przez przypadek. Mieszkał z kolegami gdzieś na strychu. – Piło się, gdzieś tam się żebrało, gdzieś tam dostało się jedzenie – mówi ze spokojem w głosie. W piątki przychodzili do sióstr na kąpiele. – Ale po pół roku picia nagle doszło do nas, trzech alkoholików siedzących na strychu: „Panowie, siostry organizują rekolekcje. Można na tydzień pojechać do Kokotka. I wiecie, co? Wytrzeźwiejemy!”. Pan Sebastian miał wtedy chorą nogę, praktycznie nie mógł już chodzić. W niedzielę w trójkę poszli na obiad do sióstr. Poprosił o opatrunek. W poniedziałek rano mieli jechać na rekolekcje. – Efekt był taki – moi koledzy pojechali, a siostra, jak zobaczyła moją nogę, powiedziała: „O, chłopie, ty masz rekolekcje, ale tutaj”– wspomina. Tego dnia do ośrodka przyszedł także inny Sebastian. Przyszedł i w tym samym dniu zmarł. – To uświadomiło mi, że ja nie chcę tak skończyć. To był ewidentny znak od Boga. Trafiłem tu, to pozwoliło mi się odbić. I psychicznie zaczynam układać jakoś swoje życie – dodaje.

Jezus upada po raz drugi

„Czy można Jezusowi ukrzyżowanemu czegoś odmówić?” – to hasło prymicyjne ks. Tomasza Nowaka, działającego przy Caritas Archidiecezji Katowickiej. Od 13 lat swoje kapłaństwo wiąże także z bezdomnymi. – Znamy się z różnych akcji, bo zawsze staram się, jeśli to możliwe i jeśli oni chcą, z nimi współpracować – tłumaczy. Niedawna pielgrzymka na Jasną Górę była jedną z takich akcji. Zorganizowała ją Caritas Polska. Do Częstochowy przyjechało 1000 bezdomnych, w tym najwięcej, bo prawie 200, z naszej archidiecezji. Wśród nich byli także podopieczni sióstr Misjonarek Miłości z Katowic. Pojechali, bo chcieli spotkać się z Maryją. Opowiedzieć Jej o problemach. Podzielić się swoim świadectwem z innymi. – Wcale nie musiałem iść pod obraz, ważne, że Maryja była blisko. Chciałem poprosić Ją o to, żeby rozwiązała moje problemy. Jak każdy, mamy ich dużo, może my mamy ich troszkę więcej. Ale nie jesteśmy gorsi – tłumaczy pan Sebastian. „To, że jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, i robimy to, co robimy, jest właściwie naszą drogą, bo nic nie dzieje się bez powodu. Bóg prowadzi nas tą drogą po to, abyśmy zrozumieli nasze błędy i daje nam szansę, aby po każdym upadku się podnieść. (...) A to, że nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli, to część tej naszej drogi. Nie prostej, a krętej, ale prowadzącej do zbawienia. I nie zapominajmy o tym, że jest Ktoś taki, Kto oddał życie za nas po to, byśmy zostali oczyszczeni z grzechu. Życzę wszystkim dobrej drogi” – to fragment siódmej stacji Drogi Krzyżowej, którą napisał i przeczytał w Częstochowie pan Sebastian. To być może i jego historia. Wcześniej nie myślał o tym, że upadnie. Miał własną firmę, obracał dużymi pieniędzmi. Był ładnie ubrany, w garniturze, pod krawatem. Nagle wylądował na ulicy. I zrozumiał wiele rzeczy. Teraz – jak sam przyznaje – widzi więcej.

Jesteś człowiekiem

– Żyjemy w trudnych czasach, gdzie jest dużo sloganów: „miłość”, „godność”. To tylko słowa, ale jak się kogoś zabiera na pielgrzymkę, to znaczy, że jest kimś. Nie chcemy cię tylko karmić, ubrać. Zabieramy cię do Matki Bożej, bo wiemy, że masz prawo z Nią rozmawiać. Ty masz Jej wiele do powiedzenia, a Ona tobie – tłumaczy ks. Tomasz. Jesteś człowiekiem. Właśnie tego nauczyli się „nasi” bezdomni. – Życie tutaj uczy jednego – samodyscypliny. Mamy odpowiedni układ dnia. Nasze życie wcześniej nie było poukładane. To pomaga, wiele rzeczy widzę dopiero teraz, na trzeźwo – tłumaczy pan Sebastian, który w ośrodku jest niecałe cztery miesiące. To właśnie tu poznali, czym jest pokora. – W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że będę w stanie człowieka zawszonego, brudnego, śmierdzącego wziąć, zanieść pod prysznic i pomóc mu się umyć. Teraz sprawia mi to przyjemność. Na początku, nie ukrywam, miałem obiekcje. Ale później to przeszło – wyjaśnia. – Po prostu kiedyś byś się od niego odsunął. Ale my sami w tych sytuacjach byliśmy. Zrozumieliśmy i rękę wyciągamy do drugich. Swoje przeszliśmy, teraz jesteśmy czyści, wykąpani, ogoleni. A taki przyjdzie z ulicy, to wiadomo, trzeba pomóc – dodaje pan Mirek. Pomocy dostali niemało. Codzienne obowiązki, modlitwa, rozmowy, spotkania z chorymi na nowo uczą ich człowieczeństwa. I choć boją się „wolności”, powrotu do kumpli, spania w noclegowniach, włóczenia się po mieście, jest w nich także dużo nadziei. Trójka „przyjaciół ze strychu” rozchodzi się na trzy strony świata: jeden wraca do mamy, drugi zostaje na ulicy, a trzeci to pan Sebastian, który mocno wierzy, że się uda. – Potrzeba trochę pokory. Pokora i cierpliwość, to jest podstawa. I wszystko się ułoży – zapewnia. Jak nikt zna życie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama