Nowy numer 48/2020 Archiwum

Francik, ty żyjesz!

Wrzesień 1939. – Nimce wyskakiwali i uciekali. Jak kiery zostoł, wołoł: „Hilfe!” – wspomina ostatni żyjący uczestnik bitwy wyrskiej sprzed 74 lat.

To Franciszek Grzegorzek z Pszowa, ostatni świadek chwały śląskich pułków we wrześniowej wojnie obronnej Polski 1939 roku. Walczył pod Wyrami, gdzie Ślązacy w polskich mundurach zmusili Niemców do odwrotu. Ma dziś 94 lata, dobrą pamięć oraz niezwykłą pamiątkę z tamtego września. To odłamek, który nosi w ciele, koło mostka.

Sąsiad z Freikorpsu

Przed wojną Francik skończył osiem klas szkoły na Pszowskich Dołach, a potem wstąpił do wojskowej szkoły dla małoletnich w Nisku. W 1939 r. miał 20 lat i już był kapralem.

Pierwszego dnia wojny odbijał z rąk niemieckich dywersantów z Freikorpsu kopalnię „Michał” w Michałkowicach. – Jeszczech tam niedawno jechoł z zięciem, toch mu pokozywoł, kaj my dostali ognia od frajkorzystów. Przed tym zakrętem, co jest w prawo. Z okien granatami na nas ciepali – wspomina. – Wskoczyłech do rowu, ale patrza – na szosie ktoś leży. Doskoczyłech i ściągnołech go z kolegami. To był dowódca naszego plutonu, porucznik Stępurski. Wziyni go sanitariusze, a my poszli dalij do ataku. Wszystki okna my tam wytrzaskali... Wychytalimy ponad 50 frajkorzystów – opowiada.

Ustawili schwytanych w dwuszeregu. Franek przeszedł przed nimi, pytając, kto nimi dowodzi. Milczeli, bo ich szef Wilhelm Pisarski poległ. – Ale jedyn mie zapytoł: „Co z nami zrobicie?”. Jo na to: „To sie zaroz dowiycie”. Przyjechały samochody naszej żandarmerii z Katowic, w sztalhełmach. I pojechali z nimi. A tyn, co sie pytoł, to mie poznoł... Jo go tyż poznoł... On był z familoków z Pszowa. Nazywoł sie Josef Aksman – wspomina F. Grzegorzek.

Mówimy mu, że kilkunastu z członków Freikorpsu złapanych w Michałkowicach nie przeżyło niewoli. W niejasnych okolicznościach zginęli od kul powstańców śląskich. Nie wiadomo, czy z premedytacją, czy w czasie próby ucieczki. Inna sprawa, że nie byli chronieni konwencją genewską, więc w świetle prawa nawet ich rozstrzelanie byłoby legalne. – Nie wiedziołech. Ale po wojnie na kopalni „Anna” w Pszowie robiłech z bratym Josefa Aksmana. Pytołech go o brata, a on: „Niestety, jak poszoł przed wojnom, to nie wrócił”.

Porwalimy sie: „Huraaa!”

Wieczorem 1 września Franciszek z całym batalionem ruszył z Siemianowic na południe. Po drodze w dzielnicach Katowic ludzie bili im brawo i wołali z okien: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Weszli w lasy wyrskie za Mikołowem. – Nimce były już okopane za rzeczkom Gostynką. Szli my tyralierom. Naroz usłyszołech, jak ktoś z drugigo brzegu woło: „Fojer!” – wspomina.

W tej chwili Ślązacy znaleźli się pod ciężkim ogniem. Padli plackiem. Po kilku minutach Franek kazał swojej drużynie czołgać się do tyłu. Zapamiętał dialog ze st. sierż. Półrolnikiem: „Panie kapralu, nie wycofywać się! My, oficerowie, mamy ginąć!”. „My się nie wycofujemy, tylko przygotowujemy stanowiska bojowe”. „A, to dobrze”.

Cofnęli się o kilkanaście metrów i próbowali się okopać. Kilkanaście następnych godzin było dla niego najcięższych w całej wojnie. – Musielimy tam leżeć i leżeć, ale głowy nie dźwigać. Kto głowa dźwignył, to mioł po nij. Jak kolega celowniczy cekaemu dostoł w czoło, to mu tyłem wyszło wszystko... – mówi.

Co czuł, widząc śmierć swoich kolegów? – Co chcesz wtedy godać? Trudno, wojna – wyjaśnia pan Franciszek. – Musiołech zaroz posłać drugigo żołnierza do obsługi cekaemu na miejsce tego zabitego - dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama