Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dorzuci się rower...

Sportsmenka spod Rybnika. Co zrobić, gdy 2,5-letnie dziecko wdrapuje się na drzewa? Pozwolić pływać, biegać i jeździć na rowerze.

Grozę w głowach dzieci i rodziców sieją wiadomości o wadach postawy i krzywych kręgosłupach. Jak się okazuje, zajęcia korekcyjne mogą stać się trampoliną do sportowych sukcesów i złotych medali.

Z dębu do wody

Tak stało się w przypadku Ewy Bugdoł. Gdy miała 5 lat, mama zaprowadziła ją razem ze starszym o 3 lata bratem na zajęcia korekcyjne połączone z pływaniem, które odbywały się w obiektach sportowych Elektrowni „Rybnik”. Ewa nie traktowała tego jak dopustu. Polubiła pływanie i już jako 10-latka zaczęła zdobywać złote medale na mistrzostwach Polski. Zresztą od początku była bardzo ruchliwa.

– Gdy Ewa miała 2,5 roku, już wchodziła na okoliczne dęby, a jako 3-latka jeździła na rowerze – wspomina jej mama Halina Bugdoł. Rodzice musieli bardzo pilnować córki. Początkowe sukcesy okupione były ich wielkim wysiłkiem. Mieszkali już wtedy w Rudach i 2 razy dziennie zawozili ją na basen do Radlina. To 23 km w jedną stronę. Potem Ewa uczyła się w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Oświęcimiu. Tam miała 18 km pływania dziennie, siłownię i dodatkowe zajęcia. Pływała stylem motylkowym jak Otylia Jędrzejczak, z którą dobrze się zna. Co roku zdobywała medale na mistrzostwach Polski. Okazało się jednak, że z powodu zbyt mocnych obciążeń ma problemy z barkami i dalsze wyczynowe pływanie może się źle skończyć.

Mama i triathlon

Ewa nie chciała definitywnie kończyć ze sportem. Wtedy mama zaproponowała jej triathlon. – A ja nie wiedziałam, co to jest. Biegi w szkole też wcześniej już wygrywałam. „Dorzuci się rower i będziesz triathlon uprawiać” – podpowiadała mama – wspomina Ewa. Okazał o się, że w Rydułtowach jest klub zajmujący się tą dyscypliną. Skąd mama wiedziała o tria- thlonie? Pochodzi z Krzyżkowic niedaleko Pszowa. Tam mieszkają babcia i dziadek Ewy – Jadwiga i Józef Manderowie. Pani Halina pamięta czasy, gdy funkcjonował jeszcze basen w pobliskich Rydułtowach. Kiedyś byli tam całą rodziną i jakiś pan widział, jak Ewa pływa. Powiedział, że gdyby chciała zmienić dyscyplinę, to on zaprasza do uprawiania triathlonu. Zostawił wizytówkę. Po latach mama z niej skorzystała. Już w pierwszym roku po zmianie dyscypliny Ewa zdobyła wicemistrzostwo Polski w swojej kategorii wiekowej. Pierwsze poważne zawody Ewy w triathlonie to Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w 2003 r. Najwyższe miejsce na podium przegrała o... 0,05 s. Na mecie nie było fotokomórki i o kolejności zadecydowały chipy zainstalowane na nogach. Przed zawodami Ewa mówiła, że to piękna dyscyplina, bo wygrywa się większą różnicą czasu niż w pływaniu, gdzie liczą się setne części sekundy...

Ozdoba komendy

Ewa najpierw godziła treningi z nauką. Potem życie zmusiło ją do podjęcia pracy w Straży Miejskiej w Gliwicach, gdzie głównie prowadziła przesłuchania. Wtedy nie chciała słyszeć o sporcie, bo złapała kontuzję biodra i została bez pomocy, mimo że była w kadrze Polski. Równolegle zaocznie robiła magisterium na Politechnice Opolskiej. Przez 3 miesiące nie trenowała. Praca przy biurku ją męczyła i dlatego zaczęła biegać. Potem znalazła czas, aby przed pracą zatrzymać się na trening pływacki. I samoistnie wróciła do triathlonu. Wystartowała w mistrzostwach Polski w dua- thlonie (bieg – jazda na rowerze – bieg), podczas których zdobyła złoty medal. Potem wygrała triathlonowe zawody mistrzostw Polski. Na mistrzostwach świata startowała na rowerze z zepsutymi przerzutkami. Do pokonania miała 4 km pływania, 120 km na rowerze, 30 km biegu. Skończyła na 7. miejscu i była z tego powodu bardzo dumna. Do tej pory 4 razy była mistrzynią Polski w triathlonie, w mistrzostwach Europy zajęła 3. miejsce, a w tym roku na mistrzostwach świata zajęła 6. miejsce.

Cuda Pokornej

Pierwszy medal seniorskich Mistrzostw Europy zdobyła w 2011 r. Zajęła 3. miejsce. – Gdy biegłam, łapały mnie skurcze w prawej nodze i myślałam, że nie dobiegnę, choć miałam przewagę nad 4. zawodniczką – mówi Ewa. – Zaczęłam się modlić: „Matko Boska Rudzka, pomóż mi! Jak dobiegnę na 3. miejscu, to ten wysiłek Tobie poświęcam i medal Tobie oddaję!” – wspomina. Przypływ sił sprawił, że dobiegła do mety na... 3. miejscu. Gdy powiedziała rodzicom, że oddaje medal Matce Bożej Pokornej, byli bardzo zdziwieni, ale nie odradzali. Przekazała go więc proboszczowi. Ks. Rafał Wyleżoł bez splendorów i rozgłosu powiesił go po prawej stronie, poniżej słynnego wizerunku Maryi w kościele w Rudach. Potem były mistrzostwa świata w Las Vegas. Był problem z pieniędzmi, bo związek znalazł tylko na wpisowe. Trzeba było szukać sponsora. Ks. Rafał Wyleżoł postanowił działać. Dotarł do firmy Rafako, która opłaciła bilet lotniczy dla Ewy. Przedstawiciele firmy powiedzieli, że Ewa przypomina im Justynę Kowalczyk. Od tej pory wzięli ją pod opiekę. Dzięki temu w spokoju może przygotowywać się do kolejnych startów, co wcale nie jest oczywiste w tej dyscyplinie.

Bukiet i Hawaje

W tym roku na początku września Ewa startowała w zawodach Ironman 70.3, które odbyły się w Austrii. Cyfry 70.3 są sumą odległości poszczególnych dyscyplin wyścigu, ale wyrażoną w milach. Zawodnicy mają do pokonania 1900 m pływania, 90 km rowerem i 21 km biegu. Najbardziej niebezpieczna jest jazda rowerem, bo trzeba się spieszyć, nie zważając na to, czy jest ślisko. Rok temu na tej samej trasie w Austrii Ewa miała wywrotkę. Przed nią upadł inny zawodnik i nie zdążyła wyhamować. Mimo to zdobyła 3. miejsce. Teraz obroniła to miejsce, ale z najlepszym czasem w historii startów Polek. Halina i Piotr Bugdołowie byli tam razem z córką. Bardzo przeżywają jej każdy start. – Najlepsza chwila to ta, gdy Ewa podjeżdża do boksu i widać, że nic jej się nie stało – mówi mama, która przyznaje, że modli się za córkę przez wstawiennictwo Matki Bożej Pokornej z Rud i bł. Jana Pawła II. Podczas zawodów Ewa zawsze stara się być na Mszy św. w niedzielę. W Austrii też modliła się w kościele przed startem. A potem bukiet, który dostała przy dekoracji medalistów, zostawiła w nim przed ołtarzem. – Bo w tym kościele były takie marne kwiaty i po prostu stwierdziłam, że tam się bardziej przydadzą – śmieje się. – Nie wstydzę się wiary – podkreśla. Pamięta też o pierwszym piątku miesiąca. Razem z mamą idą wtedy do kościoła. Dzień treningowy rudzkiej triathlonistki zaczyna się o godz. 7 na basenie, gdzie spędza ok. 1,5 godziny. Potem parę godzin jeździ rowerem w okolicach Pszowa, Raciborza i Chałupek. Po południu biega. W sumie 4–7 godzin treningu dziennie, w zależności pod potrzeb. Plany Ewy są ambitne. Chce zdobyć kwalifikacje do rozgrywanego na Hawajach Ironman na długim dystansie, który liczy 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem, a kończy się biegiem maratońskim (42,1 km). To najbardziej popularny dystans na Zachodzie. Ewa w nim jeszcze nie startowała.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama