Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dziecko, nie numer z dziennika

O tym, jaki obraz ucznia wyłania się z lekcji religii, z Karoliną Wittmann-Widerą rozmawia Marta Sudnik-Paluch

Marta Sudnik-Paluch: Ostatnio coraz częściej słuchać nostalgiczne wspomnienia na temat katechizacji przy parafiach. Odważniejsi głośno proponują przeniesienie religii ze szkoły do salek przyparafialnych.

Karolina Wittmann-Widera: Katecheza w salkach nigdy nie będzie miała takiego zasięgu, jak katecheza w szkole. Są dzieci, które prawdopodobnie nigdy nie dotarłyby do salek. W szkole mają tę minimalną szansę na spotkanie z przekazem Dobrej Nowiny. Oczywiście, może się też zdarzyć, że ci, którzy oczekują czegoś więcej, nie znajdą tego. Oni mają jednak możliwość poszukiwania tego w grupach parafialnych.

Czy w ogóle można porównać katechizację przed 15 laty do tej obecnie prowadzonej?

Katechizacja dzisiaj jest trudniejsza. Odbiorca, młody człowiek, do którego nasze nauczanie jest adresowane, jest bardzo wymagający. Nie jest gorszy, jest raczej „produktem” współczesnego świata. Wszystko po prostu wymaga większego nakładu pracy. I tylko Pan Bóg może tutaj coś wskórać.

Jak zmienili się uczniowie?

Z moich obserwacji wynika, że współczesna młodzież jest bardzo poraniona. Im bardziej nieznośne dziecko, tym większa trauma w domu. W moim odczuciu złe zachowanie powinno zapalać czerwone światło w głowie nauczyciela. Nie tylko katechety. Takimi dziećmi trzeba się zajmować więcej niż pozostałą grupą. W tej chwili na całą, liczną klasę, przypada około 5 dzieci z rodzin, w których są mama i tata, przekazujący wiarę własnym przykładem. Ale już np. wspólne klękanie do modlitwy porannej czy wieczornej nie jest powszechne nawet w tych rodzinach. Tymczasem należy podkreślać rolę rodziny. Trzeba mówić: „Drodzy rodzice i dziadkowie, wasza wiara nie jest bez znaczenia!”. Dziecko, które widzi praktykę wiary, ma szansę na żywą, głęboką relację z Panem Bogiem. Pozostali uczniowie to dzieci po przejściach, m.in. sieroty społeczne, sieroty „europejskie”, których rodzice wyjechali za granicę do pracy. Nastąpiło zupełne odwrócenie proporcji. 15 lat temu w całej było klasie zwykle nie więcej niż kilkoro dzieci wymagających szczególnej opieki i wsparcia. Teraz stanowią większość. Z tego powodu jest trudniej.

Ma Pani swoje sposoby, by dotrzeć do podopiecznych?

Najważniejsze jest indywidualne podejście do ucznia. Każde zachowanie zawsze ma gdzieś swoją przyczynę. Jeżeli problemy narastają, to one są zwykle tylko wierzchołkiem góry lodowej. Cała trauma, która to powoduje, jest zwykle bardzo dobrze ukrywana. Ona nie wyjdzie na światło dzienne, jeśli nie spróbujemy dotrzeć do tego dziecka. To się nie stanie w obecności kolegów czy innych nauczycieli. Musi dojść do indywidualnego spotkania. Często dużo dowiaduję się o uczniach, zadając z pozoru błahe pytania, np.: „Czy jesteś szczęśliwy?”. Zadaniem uczniów jest uzupełnić zdanie: „Jestem szczęśliwy, ponieważ…” albo „Jestem nieszczęśliwy, ponieważ…”. Z takiego ćwiczenia wychodzą często szczere odpowiedzi, których nie mogę przeczytać głośno klasie.

Czyli zadaniem katechety jest nie tylko nauka, ale też „leczenie duszy”…

Katecheta na pewno nie patrzy na dziecko jak na kolejny numer w dzienniku. To do niczego nie prowadzi. Nauczyciel powinien wskazywać drogę, podpowiadać, jak pewne problemy rozwiązywać, by nie odprowadzić do ich nawarstwiania, by nie determinowały dalszego życia i wyborów. Bardzo ważne jest, by przekonać ucznia do zmian, tak by on też chciał spróbować pomóc samemu sobie. Może dzięki temu trafić np. do grupy parafialnej. Takim momentem dobrym, by podjąć próbę zmian, może być okres przygotowania do bierzmowania.

Kiedyś zadaniem katechety było właściwie ugruntowywanie religijności wyniesionej z domu. Jak wygląda to obecnie?

Obawiam się, że teraz często nie bardzo mamy co ugruntowywać. Dzieci, które widzą praktykę żywej wiary, jest niewiele. Czasem w akcie desperacji pytam, czy ktoś był z rodzicami na Mszy św. Odpowiedź twierdząca pada bardzo rzadko. A uczniowie gimnazjum w większości są przecież ochrzczeni, przystąpili do Pierwszej Komunii Świętej, więc z założenia byłoby co ugruntowywać. W moim odczuciu wszystko „zbombardowały” współczesne media. Może się to wydawać paradoksalne, ale wiele dzieci naprawdę nie widzi różnicy między dobrem a złem. Im tego po prostu nikt nie powiedział. Jako katecheta mam szansę to zrobić i na ile jestem w stanie, wykorzystuję każdą okazję. Czasami po 10 latach spotykam uczniów, którzy mówią: „Pani mnie zmuszała, żebym robił właśnie tak. I dzięki temu wyrosłem na dobrego człowieka”. To takie spóźnione owoce. Choć przyznaję, że czekanie na nie wcale nie jest proste.

To może frustrować.

Mam cały czas nadzieję, że Pan Bóg wie, co robi. Często mówię Mu: „Jeśli wymagasz tego ode mnie, to musisz mi pomóc”. Ja jestem tylko narzędziem, zwykłym człowiekiem. To zaufanie prowadzi mnie przez cały czas.

A jak jest ze wsparciem ze strony innych nauczycieli?

To nie jest bez znaczenia, kiedy ktoś w gronie pedagogicznym wraca z pielgrzymki i opowiada o swoich doświadczeniach. To ogromne wsparcie. Zwyczajnie prościej jest pracować w gronie ludzi, którzy podzielają mój system wartości, którzy w poniedziałek wspominają niedzielną Mszę św., dzielą się usłyszanym w homilii słowem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama