Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Złamane 20 godzin

O tym, dlaczego amatorskim rowerem pokonał 580 km w jeden dzień, opowiada ks. Pawłowi Łazarskiemu katowicki policjant Paweł Cieślik.

Ks. Paweł Łazarski: Dlaczego pomogłeś dzieciom z hospicjum?

Paweł Cieślik: Do hospicjum kwalifikuje się ktoś, komu już medycyna nie potrafi pomóc. Rodzice codziennie siedzą obok tych dzieci, z których część jakoś funkcjonuje, część leży. Trzeba im pieluchy wymieniać, myć, karmić, podpinać różne urządzenia i opiekować się 24 godziny na dobę. Ludzie w hospicjach są dla mnie ważniejsi niż troska o rośliny czy zwierzęta. Nie można przejmować się jakimiś żabkami, jeśli są ludzie, którzy potrzebują pomocy, zainteresowania ze strony innych. Wtedy są zmotywowani. Ich to buduje, że ktoś dla nich chce coś robić. Uważam, że tak im się pomaga najlepiej.

Jak na Twoje zaangażowanie patrzą koledzy z pracy?

Z szacunkiem i gratulacjami. Podczas drogi do Gdańska towarzyszyli mi dwaj koledzy z pracy – Mateusz Paszek, który jest moim policyjnym partnerem, i Piotr Wiszowaty, mistrz Polski Policji w maratonach do lat 30. Jechali samochodem sponsora i podawali mi jedzenie. Podczas całej trasy miałem w sumie najwyżej 15–20 minut przerwy.

Jaki był początek Twojego związku z hospicjum dziecięcym?

Widziałem ogłoszenie przy drodze: „Fundacja Śląskie Hospicjum dla Dzieci”. Wpisałem nazwę w internecie i wyszły mi Tychy. Najpierw pojechałem do rzeczników Komendy Wojewódzkiej z pytaniem, czy można ten temat wrzucić na stronkę komendy, żeby się media zainteresowały. Zgodzili się, tylko poprosili, żeby wcześniej zapytać, czy hospicjum jest zainteresowane. Pomyślałem sobie, że jak będą chcieli, to tak zrobię, jak nie, to nie.

Chcieli?

Gdy zadzwoniłem, od razu byli zadowoleni, że można coś takiego zrobić. Podjechałem do Tychów i zaproponowałem termin, który akurat wypadł, gdy miałem wolne w pracy. Przygotowania do akcji trwały 2,5 tygodnia.

W drodze do Gdańska był jakiś kryzys?

Kryzys to raczej za wielkie słowo, nadmuchane przez media. Faktycznie za Bydgoszczą było trudniej. Było trochę podjazdów, a w nogach 400 km! Czułem już wtedy zmęczenie. Przed Koninem powiedziałem do Piotra, że będę chciał „złamać” 20 godzin. Tak ambicjonalnie, dla siebie, bo jak tylko coś robię, to na bieżąco sobie jakieś cele wyznaczam. Wtedy, za Bydgoszczą, powiedziałem: „Piotrek, chyba nic z tego”. No, ale się udało. Przyjechałem do Gdańska po 19 godzinach i 42 minutach.

Byłeś bardzo zmęczony na mecie?

Na mecie działała jeszcze adrenalina. Organizm był bardzo zmęczony, ale tego nie odczuwałem. W Gdańsku nie mogłem się wyspać, bo cały czas był kontakt z mediami – gazety, radio, telewizja. Wyjechaliśmy w drogę powrotną jeszcze w sobotę około północy. Dałem chłopakom odetchnąć i ja kierowałem busem.

Bez odpoczynku?!

Bo im należał się odpoczynek za to, że się zaangażowali. Dopiero jak to wszystko zeszło ze mnie, poczułem megazmęczenie. Odespałem to w domu w Katowicach. Przyjechaliśmy nad ranem i jak się położyłem, od razu zasnąłem. Potem poszedłem na rower trochę się poruszać i wznowić trening.

O czym myślałeś, jadąc 580 km rowerem?

Cały czas czytałem napis na samochodzie sponsora: „Fundacja Śląskie Hospicjum dla Dzieci” i przypominałem sobie, dla kogo jadę. Jednocześnie już sobie planowałem, co dalej będę robił.

I jakie masz plany?

Wczoraj biegałem 50 minut, żeby zobaczyć, jak kolano się będzie zachowywało, bo mam z nim problem i parę tygodni temu potrzebowałem pomocy lekarza. Ale nie jest źle. Jeśli kolano będzie zdrowe, to 7 września mam bieg górski na 100 km. Później, w październiku – Mistrzostwa Polski w biegu 24-godzinnym. Jeśli kolano nie będzie bolało, spróbuję bić rekord Polski w liczbie maratonów. Będę chciał zrobić 50 maratonów w 50 dni.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama