Reklama

    Nowy numer 12/2023 Archiwum

Z tego piętra nie schodzę

Matce Hermanie odmówiono paszportu. Poszła na milicję. – Muszę jechać do Zambii, bo odwożę siostrę, która jest słaba! – rzuciła. Paszport dostała. A mówiła o siostrze, która nazywa się Józefa Słaba.

Matka Hermana Copik mieszka w domu generalnym sióstr boromeuszek w Mikołowie. W latach 80. XX wieku była matką generalną tego zgromadzenia. W listopadzie obchodziła 70-lecie swoich ślubów zakonnych. Ma teraz 92 lata. Choć szwankuje jej wzrok, jest bardzo pogodną kobietą. Siostry proponowały jej przeprowadzkę do sali, w której mogłaby mieć lepszą opiekę, ale ona nie chce opuszczać celi na drugim piętrze, bo właśnie tam jest kaplica. – To piętro mam opanowane. Poza nie już nie wychodzę – śmieje się.

Krauza i kompot

Pochodzi z Bielszowic. Jej ojciec i trzech braci byli hutnikami. Kiedy 19 marca 1939 roku wstępowała do boromeuszek, tata przy błogosławieniu jej płakał. Była jego jedyną córką, ukochaną Marysią. – Za to mama przyjęła moje powołanie bez chwili wahania, choć mogła się przecież spodziewać, że się nią na starość zajmę. Ale wie pan, że za to, że mnie tak oddała bez zastrzeżeń, jednak jej się odwdzięczyłam? Bo jej towarzyszyłam przy śmierci – wspomina pogodnie matka Hermana. – Modliłam się przy niej, śpiewałam „Niech aniołowie zabiorą cię do raju”. A mama: „Zaśpiewaj mi to jeszcze raz”. Straciła przytomność dopiero 15 minut przed śmiercią. Rano zamknęłam jej oczy. Ja w ogóle zawsze chętnie towarzyszyłam ludziom przy umieraniu. Przez 37 lat pracowałam w pracowni rentgenowskiej w Szpitalu nr 1 w Tarnowskich Górach. Pielęgniarki świeckie często mnie tam wołały do umierających – wspomina.

Odeszła stamtąd na emeryturę w 1983 roku. Rok później pojechała z dwiema siostrami do Rzymu opiekować się starymi księżmi w domu braci szkolnych. – Jak wyjeżdżałam, udawałam, że już tak dużo umiem po włosku. Ale siostra Florencja, która umiała trochę mniej, skomentowała: „Jo tam sie nie martwia, jo te butelki z moczym byda po polsku wylywać” – śmieje się.

Wspomina Rzym bardzo dobrze. Jeden z podopiecznych, sędziwy ksiądz profesor, robił jej wykłady z Ewangelii. Polkom trudno było tylko przyzwyczaić się do włoskiego menu. Brat Roco, dyrektor domu, bardzo dobry człowiek, był jednak zapalonym ogrodnikiem, więc na półce w jego pokoju stał kompot. – Mówiłyśmy ze sobą po polsku, czego brat Roco nie rozumiał. Ale raz w jego pokoju jedna z nas powiedziała: „A on mo krauza z kompotym, a nom to nie dajom”. I  akurat to – „krauza” i „kompot” – brat Roco zrozumiał, bo był Austriakiem... Siostra, która to powiedziała, jest spod Łańcuta, ale u boromeuszek świetnie nauczyła się po śląsku, bo godanie jest zaraźliwe – wyjaśnia matka Hermana.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy