GN 42/2020 Archiwum

Obrona Misia

Historia. „Zaś wojna sie zaczła, bo tela aut jechało! Dzwony bijom! I ludzie lecom ku kościele z widłami i łomami!” – myślał 10-letni Józik Pawełek, biegnąc z dorosłymi. Mija 60 lat od obrony przed ubekami ks. Pawła Misia w Czernicy pod Rybnikiem.

Młodzież wychodzi z „muzyki”

25-letnia wtedy Regina Bobrzyk w tym czasie bawiła się „na muzyce”, czyli na zabawie, „w sali u Porwolika”. Nagle do środka wpadł ktoś z wieścią, że księdza aresztują. – Nie wiym, czy wszyscy, ale dużom grupom młodych od razu my wyszli z sali i ruszyli pod kościół – wspomina. Ubecy na widok takiej mobilizacji stracili głowę. Wycofali się spod kościoła i stanęli 200 metrów dalej, pod szkołą. – Nie baliście się konsekwencji? – pytamy. Pani Regina zastanawia się przez chwilę. – Nie, nie było tak, żeby ludzie sie boli. Ale tyż pod tym kościołem było dość spokojnie, nie wznosilimy żodnych okrzyków, yno my tam stoli – wspomina. Zapadł zmrok. Kościelny Alfons Koszorz namówił księdza Misia do ucieczki. Dał mu własne, grube okulary i poprowadził przez pola do domu państwa Dongów. Ksiądz spędził tam noc. Ubecja nocą odjechała. A rano ksiądz Miś wrócił do starego, tymczasowego kościoła. Parafianie trzymali tam wartę. Ksiądz wystawił więc dla nich Najświętszy Sakrament. – Był tam z nami przez trzy dni. Modlił się i spowiadał w kościele, jadł i spał w zakrystii – wspomina Józef Pawełek. Czy ksiądz nie był akcją UB przygnębiony? – Nie, nie było po nim nic znać. On był raczej twardy. Też tam byłem, ale byłem tylko dzieckiem; dużo było młodzieży, choć dyrektorzy szkół zabraniali. Jechali do swoich szkół prosto z nocnej warty albo byli w kościele przez cały czas – mówi pan Józef. Za to jo mioł fajno nauczycielka Waleria Wideczanka. Piyrsze, co my robili po wejściu na klasy, to my razem z nią rzykali [modlili się] za ksiyndza. Trwało to nie yno przez te trzy dni, ale i przez cołki nastympny rok – dodaje.

Upadek z rusztowania

Na trzeci dzień w kościele zjawiła się delegacja urzędników z przewodniczącym gminy Gaszowice. Zaprosili księdza do Urzędu Gminy, żeby podpisał jakiś protokół. Gwarantowali, że nikt go nie aresztuje. Była to jednak pułapka. Ksiądz wprost z urzędu został wywieziony do aresztu. Zresztą, pewnie liczył się z tym, że idzie na aresztowanie. W nieskończoność nie mógł przeciągać mieszkania w zakrystii bez narażania swoich parafian. Dostał wyrok trzech lat więzienia. Odsiedział rok. O dwa miesiące krócej siedziała jego gospodyni. Formalnym pretekstem aresztowania księdza były rzekome nieprawidłowości, których władze dopatrzyły się przy budowie kościoła w Czernicy. Do parafii wrócił w 1953 roku. Doczekał tam upadku stalinizmu i powrotu do diecezji wygnanych biskupów. A w 1960 r. bp Herbert Bednorz mianował go proboszczem i dziekanem w Lublińcu. Jako doskonały organizator został też diecezjalnym referentem ds. budowy kościołów. Biskup Bednorz bardzo go cenił. Podobno po śmierci ks. Misia, gdy biskup Herbert wygłaszał długą mowę ku jego czci, księża kawalarze intonowali na melodię litanii: „Święty Mi-i-isiu...!”. Znając wesołe usposobienie ks. Pawła, można się domyśleć, że na pewno nie miał im tego za złe. Zmarł w 1980 roku tragicznie, ale za to przy pracy, którą najbardziej kochał. W wieku 64 lat spadł z rusztowania na budowie kościoła w Jawornicy, na którą codziennie dojeżdżał rowerem z centrum Lublińca, żeby pomagać robotnikom przy pracy.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama