Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Wybrałem Grażyna

Z Marsylii do Kamienia. Osiadł w Rybniku dla pewnej ślicznej dziewczyny. I choć pochodzi z laickiej Francji, widać, że jest 
żarliwiej wierzący niż często letni Polacy-katolicy.

Laurent Nal, Francuz z Rybnika-Kamienia, do 1996 r. mieszkał w Marsylii. – Tam było ciepło, miło. Ale Grażyna chciała być w Polsce, a ja chciałem być blisko niej – mówi. – Nie wybrałem Polska, wybrałem Grażyna. Ale teraz bardzo dobrze się w Polsce czuję. Ludzie są bardzo otwarci na mnie, miło mnie przyjmują – tłumaczy, robiąc jeszcze niewielkie błędy po polsku.
Dzieci Nalów wolą mówić po polsku niż po francusku. Wnoszą też do rodziny przyniesione z podwórka „ausdruki”, śląskie powiedzonka. W rozmowie z nami Laurent użył nawet śląskiego słowa „rzykomy” (bo każdego wieczoru z żoną i trójką starszych synów odmawiają Różaniec w salonie swojego domu). – A nasi najmłodsi – Filip i Laura – biegają wtedy wokół nas, czasami przeszkadzają, ale to jest fajne – śmieje się.
Niedawno Laurent powiedział przyjaciołom, że skoro tak długo mieszka w Rybniku, to już też jest Ślązakiem. – Wiesz, Laurenty, nie obraź się, ale z hanysem łączy cię tylko tyle, że też jesteś ssakiem – odpalił jeden z nich, wywołując u Laurenta bardzo długą salwę śmiechu.


Spotkanie na pielgrzymce


Do kościoła Laurent chodzi dopiero od 12. roku życia. Jego rodzice nie byli zbyt praktykującymi katolikami, ale wysyłali swoich trzech synów do klubu prowadzonego przez Opus Dei. Pozwalali im też jeździć z Opus Dei na obozy letnie, bo mieli zaufanie do prowadzących. Laurent i jego bracia nawiązali w czasie tych obozów osobistą więź z Panem Bogiem i do dzisiaj – w przeciwieństwie do rodziców – są bardzo wierzący.
W 1994 r., w czasie pielgrzymki młodzieży do św. Józefa, Laurent poznał studiującą w Marsylii Polkę – Grażynę. Dziewczyna jednak akurat kończyła studia i wracała do siebie na Śląsk. Korespondowali przez półtora roku. A w 1996 r. Laurent przeprowadził się do Polski, żeby być bliżej niej. Z książki telefonicznej wybrał wtedy numer schroniska. Powiedziano mu, że miejsce jest. Kiedy jednak poprosił o rezerwację, usłyszał, że dla niego jednak miejsca nie ma. Zrobiło mu się przykro, że tak tutaj dyskryminują Francuzów. Po chwili wyjaśniło się, że dodzwonił się do schroniska... dla zwierząt.
Laurent jest informatykiem. W Marsylii zarabiał 9 tys. franków. Po przyjeździe do Polski pierwszą pracę znalazł na Politechnice Śląskiej za... 500 zł miesięcznie. To było około 10 razy mniej niż we Francji. – Rodzicom nie powiedziałem, ile w Polsce zarabiam... I tak byli przestraszeni moją przeprowadzką. Uspokoili się dopiero, kiedy poznali Grażynę – wspomina.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama