• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Zachowaj czystość

    ks. Rafał Skitek

    |

    Gość Katowicki 50/2016

    dodane 08.12.2016 00:00

    Podszedł do mnie młody chłopak. Trzymając w drżącej dłoni obrazek Matki Bożej, poprosił o błogosławieństwo.

    Pierwszą Mszę dla górników ks. Henryk Bolczyk, kapelan „Solidarności” w KWK „Wujek” w Katowicach, odprawił 2 listopada 1980 roku. Zabiegał, żeby wzorem innych kopalń i nowo powstałych związków zawodowych podziękowali Bogu za powstanie „Solidarności”. – Zaproponowałem im Mszę w liturgiczne wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. – Powiedziałem: „Pomyślcie o zmarłych tragicznie górnikach, a przy okazji podziękujemy za powstanie nowego związku zawodowego „Solidarność” – opowiada ks. Bolczyk. Udało się. Mszy św. pod gołym niebem na schodach domu związkowego przewodniczył bp Czesław Domin. Uczestniczyło w niej kilka tysięcy ludzi. Było tak zimno, że po pozdrowieniu bp Domin nakazał wszystkim nałożyć czapki.

    Nasz krzyż

    Górnicy wpadli na genialny pomysł. Tuż przed rozpoczęciem liturgii ktoś zapytał: „Proszę księdza, do Mszy św. potrzebny jest krzyż, prawda?”. W odpowiedzi usłyszeli: „Jak najbardziej”. Dodali: „Zbiliśmy go z dębowych desek. To będzie nasz krzyż misyjny”.

    – Bardzo mi się to spodobało – mówi ks. Bolczyk. Postawili go na ścianie u wejścia do domu kultury. Była to pierwsza z tzw. siedmiu stacji krzyża KWK „Wujek”. Wszystkie tragiczne wydarzenia, które działy się potem, dokonywały się zawsze w obecności tego krzyża. Po 11 latach spoczął on w stalowych ramionach krzyża upamiętniającego tragiczne wydarzenia grudnia ˇ81.

    Pierwszy raz w łaźni łańcuszkowej, w której rozpoczęto protest, ks. Bolczyk pojawił się 13 grudnia. Prosili o to sami górnicy. Na wieść o aresztowaniu, w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, szefa zakładowej „Solidarności” Jana Ludwiczaka zatrzymali produkcję i wyjechali na powierzchnię. Milicjanci siłą wtargnęli do jego mieszkania. Po jednego człowieka, niczym po wielkiego kryminalistę, podjechało kilkudziesięciu uzbrojonych mężczyzn.

    Na widok Ludwiczaka jeden z milicjantów zawołał: „A, przyjechał ten cwaniak!”. Akcja była dokładnie zaplanowana. Przewodniczącego zaprowadzono do biura, w którym funkcjonariusze podsunęli mu do podpisania kartkę. Była to decyzja o jego internowaniu. Niczego jednak nie podpisał. Chwilę później wepchnięto go do milicyjnego samochodu i przewieziono do Jastrzębia-Szerokiej. Właśnie tam władza urządziła ośrodek dla internowanych. Wśród strajkujących panował wielki chaos. Przekrzykiwali się. Zgadywali jeden przez drugiego, co się mogło stać. Czuli, że wydarzyła się jakaś straszna krzywda, której prędzej czy później oczekiwali.

    Myśl „Solidarności” diametralnie różniła się od obowiązującej ideologii, której ramiona sięgały aż do Moskwy. Liczono się z tym, że może nadejść jakaś bolesna konfrontacja. Kiedy strajkujący nie umieli już niczego wymyślić, ktoś powiedział: „Zawołajmy ks. Bolczyka. Był z nami wcześniej. Prowadził dla nas dwa razy rekolekcje. Może coś podpowie i doradzi”.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół