Nowy Numer 07/2018 Archiwum

Pokarm na życie i na śmierć

- Idziesz do Pierwszej Komunii? Pewnie nie możesz się doczekać prezentów? - pyta dorosły sąsiad małą Elę. - Nie, ja czekam na Jezusa! - odpowiada dziewczynka.

Ten dialog opowiedziany przez mamę dzisiejszej „pierwszokomunistki” pokazuje, że nie potrzeba wielkiej dojrzałości wiekowej, by być gotowym na przyjęcie Boga w Eucharystii. Wystarczy… czuć. Mądrze powiedzielibyśmy: wystarczy „czuć z Kościołem” – sentire cum Ecclesia. A tak po prostu: wystarczy przeczuwać miłość. Tę, która wkracza w ludzkie życie u jego progu i prowadzi człowieka aż po ostatnie tchnienie.

Nie czuję się staro, ale… metryka nie kłamie. Dokładnie 50 lat temu, tak jak dzisiaj mała Ela, przystąpiłam do Pierwszej Komunii Świętej. Było to w roku milenijnym 1966. Tzw. Komunia Wczesna – dla dzieci 6- i 7-letnich – była i jest praktykowana w katowickim Kościele już od lat 50. ubiegłego wieku!

Do I Komunii Wczesnej przygotowywałam się zarówno ja sama, jak i po latach wszystkie nasze dzieci. W mojej pamięci zachowało się kilka obrazów. Jeden to nasza katechetyczna grupka słuchająca w salce przy kościele Mariackim w Katowicach pasjonujących opowieści o Panu Jezusie, którymi zachwycała wszystkich – również rodziców! – genialna katechetka, nieżyjąca już s. Benigna, szarytka.

Z prawej s. Benigna   Pielgrzymka dzieci wczesnokomunijnych z parafii Niepokalanego Poczęcia NMP w Katowicach na Jasną Górę, maj 1966 r.
Z prawej s. Benigna
Archiwum rodzinne
Pamiętam pierwszą spowiedź, a zwłaszcza skromne przyjęcie, jakie przygotowała dla nas siostra. Ówczesny wikary – obecnie emerytowany proboszcz katowickiej parafii katedralnej ks. Henryk Zganiacz – na naszych oczach podpalił jeden pusty papierowy koszyczek (w takich koszyczkach w prezencie dzieci dostały od katechetki po kilka cukierków!). Widzę jeszcze ten płomień i słyszę słowa księdza: – Wasze grzechy spłonęły jak ten papier. Nie ma ich!

Później przeżywaliśmy pierwsze spowiedzi i Wczesne Komunie naszych dzieci. Zawsze z tą samą radością i wdzięcznością – że możemy tak wcześnie prowadzić je do stołu Eucharystii.

Ta eucharystyczna przygoda każdego z nas kiedyś się skończy. Wczoraj skończyła się dla mojego drogiego Teścia. A opowiadam o tym dlatego, że dzień wcześniej, w pierwszy piątek miesiąca, w swoim mieszkaniu, nasz Tata, u boku żony i nas, dzieci, uczestniczył w swojej ostatniej Mszy. Wcześniej wyspowiadał się u dobrego księdza. Przed Mszą odprawiliśmy nabożeństwo majowe. Podczas Eucharystii przyjął sakrament namaszczenia chorych – teraz już wiemy, że wiatyk. Komunia święta była pod dwiema postaciami. Na zakończenie zaśpiewaliśmy "Była cicha i piękna jak wiosna, żyła prosto, zwyczajnie jak my"...

A potem przyszła dla Taty ciężka noc – jak wiele wcześniejszych nocy przez długie miesiące – i lżejszy poranek. Spokojniejsze godziny trwały aż do chwili, gdy Tata zawołał Mamę i poprosił, by była przy nim, blisko. Siadła naprzeciwko. Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. Coś chciał powiedzieć, ale już nie miał sił. Westchnął i...

W wigilię Wniebowstąpienia Pańskiego, w pierwszą sobotę miesiąca Maryja przeprowadziła Tatę tam, gdzie wszyscy zmierzamy. Obyśmy i my zasłużyli na taką łaskę przejścia. Udziel jej nam, Jezu, obecny w Eucharystii, za przyczyną Twojej i naszej Matki Maryi. Amen.

Na następnej stronie można przeczytać fragmenty listów duszpasterskich Prymasa Tysiąclecia oraz wielkiego promotora Wczesnej Komunii Świętej w diecezji katowickiej bp. Herberta Bednorza.

 

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Reklama

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Reklama

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy