• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Gruchnął, że uch

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    Ze Śląska do Kenii. Z zamiłowania wciąż jest „metalem”. Jeszcze cztery lata temu interesował się jednak przy tym pogańskimi treściami. – Miałem ostro narąbane we łbie. Pan Bóg mnie musiał trzy razy „dugnąć” – mówi Piotr Kieś z Rydułtów.

    Rodzice ani nauczyciele nie podejrzewali, że z Piotrka jest niezłe ziółko, bo chodził przecież do renomowanego II LO w Rybniku, miał bardzo dobre wyniki w nauce, wszyscy go lubili. Dorośli nie wiedzieli jednak wszystkiego.

    – Chodziłem na oazę, ale niewiele z tego wynikało. Byłem niezbyt ogarnięty, jeśli chodzi o wiarę. Miałem ostro narąbane we łbie – ocenia.

    Mimo to pojechał na pierwszy stopień letnich rekolekcji oazowych. W programie jest propozycja oddania życia Jezusowi, przyjęcia Go jako swojego Pana i Zbawiciela. – Prawie wszyscy Go przyjmowali. Powiedziałem: „No dobra, spróbuję”.

    Spróbował. Nie usłyszał tryumfalnych trąb ani chórów anielskich.

    Zły znajomy – który to?

    Po powrocie z rekolekcji coś jednak się zmieniło. Choć nie od razu.

    – Moi rodzice mnie nie słyszą, mam nadzieję? – Piotrek zerka na drzwi. – To był czas, kiedy piliśmy z kumplami dużo jaboli. W ogóle się nie modliłem. Ale jeden raz powiedziałem: „Jezu, zrób coś w moim życiu, bo nie jest najlepiej”.

    Następnego dnia był koncert. Piotr z kolegami sporo wypił.

    – Oni się szybko nabili. Ja wcale nie piłem mniej od nich, ale widać – byłem na alkohol bardziej odporny. Ja sobie skakałem pod sceną, a oni leżeli pod... kamerą monitoringu. Przyszła policja, spisała ich, wszyscy się dowiedzieli. Do tego czasu moi rodzice myśleli, że jestem cudownym abstynentem – wspomina. – Ich obraz mnie rozleciał się w kawałki. Rodzice weszli też na moje konto w serwisie społecznościowym. Dowiedzieli się, że to nie tak, że mam złych znajomych, ale to ja jestem tym złym znajomym – mówi.

    Wpisy na koncie Piotrka świadczyły, że chłopak jest bardzo miły i uczynny. Do tego stopnia, że chętnie proponuje kolegom, że pożyczy im brakującą kasę na alkohol, nie ma problemu...

    Wieczór, w którym to wszystko wyszło na jaw, był dla licealisty bardzo trudny. – Poprosiłem przedtem Jezusa, żeby gruchnął, więc gruchnął, że uch! – ocenia.

    Po oddaniu życia Jezusowi wiele spraw poukładało się w życiu chłopaka stopniowo, ewolucyjnie. Powoli złe rzeczy odchodziły, a przychodziły pozytywne. – Zauważyłem na przykład, że pentagramy i „Alleluja” do siebie nie pasują – mówi.

    Wybrał „Alleluja”.

    Wzięło i mnie naszło

    Znacznie głębiej wszedł w przyjacielską relację z Jezusem na „dwójce”, czyli drugim stopniu oazowych, letnich rekolekcji. Po powrocie z niej został animatorem w oazie i zaczął nawet prowadzić zajęcia dla młodych, którzy przygotowywali się do bierzmowania.

    Zdał maturę. – No i wzięło mnie i naszło, żeby zrobić sobie rok przerwy i pojechać na misje – zdradza. – Widzę, że jak Pan Bóg mnie czasem w jakimś kierunku delikatnie „dugnie” [popchnie – po śląsku], to nie opłaca mi się tego ignorować – uważa.

    Rozesłał 20 e-maili – odpowiedziały tylko dwa wolontariaty misyjne. I tylko jeden – księży salwatorianów – był gotów wysłać go na misje od razu w tym samym roku. Niestety, według regulaminu, ten pierwszy wyjazd miał być krótkoterminowy. – Pomyślałem: „Kurczę, aż rok przerwy sobie robię i pojadę na trzy tygodnie? No ale trudno, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół