• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Cztery złamane szprychy

    Martyna Chodykin

    dodane 17.09.2014 11:30

    - W Czechach ludzie podróżujący jednym z samochodów próbowali trafić nas pojemnikami z McDonalda. Do Lyonu mieliśmy huczny wjazd, bo jacyś młodzi rzucali w nas petardami.

    W I LO im. Bolesława Chrobrego w Pszczynie młodzi usłyszeli o tym, jak wyprawa trzech studentów na kres Europy stała się pielgrzymką. Marek Sajdok, Grzegorz Dziędziel i Mateusz Sajdok pokonali prawie 3500 km i dotarli na rowerach do Santiago de Compostela.

    - Byliśmy ciekawi świata, chcieliśmy zrobić jakiś wyczyn, stąd zrodził się pomysł na wyprawę. Kiedy jednak wyznaczyliśmy sobie za cel Santiago, każdy z nas odkrywał intencje, w których chce ofiarować podróż i tak wyprawa stała się również pielgrzymką - opowiadają.

    Studenci wyruszyli z Pszczyny, a ich trasa prowadziła przez Czechy, Austrię, Szwajcarię, Francję, aż do Hiszpanii. Po drodze udało im się zwiedzić ośrodek naukowy CERN w Genewie, byli także w Lourdes, ale to, co wspominają najbardziej, to spotkania z ludźmi i gościnność tych, od których otrzymali wsparcie. - Nie zaplanowaliśmy żadnych noclegów, nie dzwoniliśmy nigdzie wcześniej - wspominają. - Mieliśmy namiot, ale skorzystaliśmy z niego tylko cztery razy. Pytaliśmy o nocleg głównie na probostwach. Zapraszali nas do siebie także napotkani po drodze ludzie.

    Rowerzyści opowiadali historię o tym, jak w Szwajcarii na jednej z parafii zapytali księdza o możliwość przenocowania, a ten odpowiedział, że nie ma takich miejsc. Z pomocą przyszedł im kościelny, który zaoferował nocleg u siebie. Na jednej ze ścian w jego domu wisiała panorama jeziora i wioski, skąd pochodził. Mężczyzna powiedział im, że mieszkała tam także para z Polski, którą bardzo miło wspominał i dlatego postanowił, że ich przenocuje. - I tak postawa tych Polaków sprzed 20 lat pomogła nam dzisiaj - śmieją się studenci.

    Do rowerów zawsze przyczepioną mieli polską flagę. - Ta flaga "załatwiała" nam noclegi - zapewniają. Na swojej drodze spotykali także wielu Polaków, u których mogli się zatrzymać. Kiedy dotarli do Genewy, nie mogli znaleźć żadnego noclegu. Dodatkowo w mieście była parada równości i wszystkie tanie hostele, w których ostatecznie studenci mogliby zamieszkać, był zajęte. Postanowili pojechać na lotnisko i spróbować przenocować w poczekalni. Po drodze zauważyli, że jacyś ludzie machają im z samochodu i coś do nich krzyczą. Okazało się, że to Polacy mieszkający w Szwajcarii postanowili przyjąć ich do swojego domu.

    Studenci opowiadali także o trudnościach, które spotykały ich na trasie wiodącej w znacznej części po górzystych terenach. - W Czechach ludzie podróżujący jednym z samochodów próbowali trafić w nas pojemnikami z McDonalda. W Lyonie mieliśmy huczny wjazd, bo trudna młodzież rzucała w nas petardami - wspominają. Były to jednak tylko incydenty. Znacznie trudniejsze były zmagania z samymi sobą, zmienną pogodą, kontuzjami. Pytani, czy nie myśleli o tym, aby zawrócić, mówią, że pojawiały się takie myśli, ponieważ już w Austrii mieli problemy z kolanami, a w Szwajcarii przez całą trasę towarzyszyły im ulewne deszcze. - Pomyśleliśmy, że tyle przejechaliśmy, zaraz będziemy w Genewie, a w połowie drogi już się nie opłaca zawracać. Chcieliśmy podjechać odcinek pociągiem, ale ceny zabiłyby nasze fundusze - dopowiadają.

    Pytani, co było najtrudniejsze podczas pielgrzymki, studenci zgodnie odpowiadają, że powrót do domu. - Okazało się, że w hiszpańskich pociągach nie można przewozić rowerów w całości i trzeba je odpowiednio spakować. Przy ich rozkręcaniu połamaliśmy klucze. Najgorzej było w Madrycie, gdzie całe bagaże musieliśmy przenosić na plecach - opowiadają. - Tego dnia dosłownie nieśliśmy brzemię całej wyprawy.

    Intencji pielgrzymki było wiele. - Po drodze wiele osób prosiło o modlitwę. Modliliśmy się na przykład za chorą na epilepsję Amelię z Czech. Bezpośrednio przed wyjazdem parę osób zachorowało w naszych rodzinach, więc przywieźliśmy im wodę z Lourdes.

    Marek, Grzegorz i Mateusz pokazują plan wyprawy. Przejechali na rowerach 3474 km. Rekord prędkości to 78 km/h. Jedna przebita dętka, jedna zużyta opona, cztery złamane szprychy i trzy stopki, cztery wymiany klocków hamulcowych, jedno ukąszenie osy i kleszcza. To wszystko nic przy doświadczeniu w drodze ogromnej ludzkiej dobroci.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół