• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Szanuj pracę Pana Boga

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 28/2014

    dodane 10.07.2014 00:00

    140 gatunków w azylu. Znany z polskiego godła potężny ptak jest przygotowywany do wypuszczenia na wolność w Leśnym Pogotowiu w Mikołowie. To bielik.

    Pół wieku temu w całej Polsce żyło zaledwie 50 par tych ogromnych ptaków, których rozpiętość skrzydeł sięga 2,2 m. Nawet jeszcze kilkanaście lat temu ornitolodzy byli zgodni: bielik to gatunek ginący. Teraz jest już z nim znacznie lepiej. Jego liczebność rośnie. Z początkiem nowego tysiąclecia bieliki wróciły też, po bardzo długiej nieobecności, na Górny Śląsk. Na leczenie do mikołowskiego Leśnego Pogotowia przy Nadleśnictwie Katowice bielik został przywieziony z północy naszego regionu, spod Lublińca. – Najprawdopodobniej został otruty przez człowieka – mówi Jacek Wąsiński, twórca ośrodka. – Jak to?! – nie dowierzamy. Pan Jacek tłumaczy, że z powodu apetytu na ryby bieliki są bardzo nielubiane przez właścicieli stawów. – Hodowcy ryb wykładają czasem trutki na wydry, lisy, norki. Tym razem zatruł się też bielik... Człowiek często nie potrafi się dzielić – ocenia. Na szczęście w Leśnym Pogotowiu bielik doszedł do siebie. – Wkrótce będziemy go wypuszczać – zapowiada J. Wąsiński. To już kolejny taki przypadek. Bieliki były leczone w Mikołowie także w zeszłym roku i też zostały wypuszczone na wolność. Widok tego majestatycznie szybującego na niebie drapieżnika robi wielkie wrażenie.

    Pustułka w kopalni

    Samo Leśne Pogotowie w Mikołowie-Kamionce, gdzie zranione czy z innych powodów niesprawne zwierzęta dochodzą do siebie, jest miejscem niezwykłym. Tylko w maju i czerwcu ludzie przywieźli tu aż 400 zwierząt! Rocznie przyjmowanych jest ich około 1200. – Teraz mamy w ośrodku 140 gatunków – mówi J. Wąsiński. Na spotkanie czekaliśmy przed ośrodkiem 40 minut. W tym czasie nadjechały 4 samochody z ludźmi, którzy przywieźli pisklęta i małą, jeszcze ślepą wiewiórkę. Większość z tych piskląt wypadło z gniazd. Ktoś przywiózł wróbla z uszkodzonym skrzydłem. Dwoje ludzi samochodem z rejestracją z Sosnowca przywiozło pisklę gołębia. Jednym z chronionych gatunków, który znalazł się w tej grupie, jest pisklę pustułki, niewielkiego sokoła, który potrafi zawisnąć nad ziemią jak helikopter i w tej pozycji wypatrywać na ziemi gryzoni. Tę maleńką pustułkę przywiozła w drewnianej skrzynce Emilka Marek. Jej tata Marcin znalazł ją dzień wcześniej na terenie kopalni „Silesia” w Czechowicach-Dziedzicach. – Państwo dawali jej coś do jedzenia? – zapytał J. Wąsiński. – Kurczaka – odpowiedział pan Marcin. – Bardzo dobrze, drób jej pasuje – skomentował twórca ośrodka. – I wodę! – zawołała Emilka. – Wodę drapieżnik pobiera z mięsa, ale spokojnie – odpowiedział pan Jacek. – Ale pił! – nie odpuszczała dziewczynka.

    Sto bocianów

    W jednej z wolier tego niezwykłego miejsca przechadzają się rzadkie bociany czarne. Jest sowa błotna z Siemianowic, gatunek w Polsce bardzo rzadki, pojawiający się przelotem. Ma złamane skrzydło, więc już do natury nie wróci. – Mieliśmy też dzięcioła czarnego i kilka bardzo rzadkich dzięciołów zielonosiwych. Jeden z nich uderzył w szybę, drugi w mur. Można powiedzieć, że miały pecha... Mamy niezbyt częste ptaki wodne, np. bączki, mamy bekasika z Siemianowic. Był nur rdzawoszyi, który pod Częstochową uderzył w asfalt i trochę się poturbował, miał m.in. spuchniętą nóżkę. Ale po dwóch miesiącach doszedł do siebie, zaczął pięknie jeść ryby, już wrócił na wolność – wylicza J. Wąsiński. – Ale i ratowanie pospolitych zwierząt ma sens, tych wszystkich łuszczaków, sikorek, kosów, drozdów... Nawet wróbli jest dzisiaj coraz mniej. Jeśli nie będziemy ich chronić, niedługo będziemy je znali tylko z podręczników. Rzeczywiście, spotkanie wróbla w wielu krajach zachodniej Europy to już dzisiaj wielka rzadkość. Leśne Pogotowie ratuje też białe bociany. Na zimę trafia tu czasami nawet około setki tych szczególnie lubianych przez Polaków ptaków. – Jednak czy tych bocianów nie zachęcamy w ten sposób do spędzania w Polsce także następnych zim? – dopytujemy. Szef ośrodka macha ręką: – Następnym razem polecą. To jest instynkt. One zostają na zimę w Polsce głównie z powodu jakichś urazów. Jednak kiedy po wyleczeniu, pod koniec lata, ptaki zbierają się w wielkie grupy, odlecą razem z wszystkimi – wyjaśnia. W tej placówce są też znacznie większe zwierzęta. Są sarny i wilk. Są trzy rysie, w tym dwa oswojone, noszące imiona Jaś i Małgosia, które grają w filmach przyrodniczych. Są nawet dwa łosie. Jeden z nich przyjechał spod Warki na Mazowszu, a drugi – z Krynek za Białymstokiem. Już tutaj zostaną, bo są od małego przyzwyczajone do człowieka. Nie poradziłyby sobie w naturze. Poza tym fakt, że te potężne zwierzęta nie boją się ludzi, mógłby się źle skończyć albo dla nich, albo dla nas, gdyby zostały teraz wypuszczone.

    Nie ratuj na siłę

    Twórca tego ośrodka to człowiek zakochany w przyrodzie. Wychował się w bloku na katowickim osiedlu Wełnowiec, ale od dzieciństwa ciągnęło go do zwierząt. – Kiedy miałem 4 lata, mama i tata oglądali w telewizji „Krzyżaków”. Gdy jednak w scenie bitwy pod Grunwaldem zaczęły ginąć konie, tak płakałem, że rodzice musieli wyłączyć telewizor. Inaczej sąsiedzi pomyśleliby, że jestem maltretowany... Rodzice opowiadali mi o tym po latach – śmieje się. Kiedy dorósł, wybrał pracę w lesie. A Nadleśnictwo Katowice odniosło się ze zrozumieniem do jego pasji ratowania zwierząt i od samego początku ponosi koszty ich utrzymania w Leśnym Pogotowiu. Tę misję pan Jacek prowadzi już od 21 lat. – Uwielbiam zwierzęta, ale ich nie uczłowieczam – zastrzega jednak. Niedawno zadzwonił do niego mężczyzna z pytaniem, co ma zrobić z bocianami, które zrobiły gniazdo w jego obejściu. Chciał je zrzucić. – Zapytałem go, po co, jego zdaniem, Pan Bóg stworzył zwierzęta. Odpowiedział, że po to, by człowiek z tego korzystał. Ja na to, że tak, możesz z tego bogactwa korzystać, ale bez grabienia! Jeśli nie szanujesz zwierząt, to nie szanujesz cudzej pracy, bo stworzenie zwierząt było pracą Pana Boga – przekonuje z pasją. Pan Jacek pokazuje nam tylko niewielką część wybiegów dla zwierząt, żeby ich nie płoszyć i zbytnio nie oswajać z widokiem człowieka. Skoro przynajmniej część z tych stworzeń ma jeszcze wrócić do natury, powinny oglądać nas możliwie jak najrzadziej. Tak będzie lepiej i dla nich, i dla nas. Pracownicy Lasów Państwowych od lat przypominają, żeby młodych zwierząt nie „ratować” na siłę. Zbyt często się zdarza, że ludzie w dobrej wierze, żeby pomóc, przyprowadzają z lasu np. maleńkie sarny. – Nieraz mi mówią: „Znalazłem leżącą sarenkę”. Doceniam, że ci ludzie okazują serce, ale najczęściej ta sarenka jest po prostu ukryta i sobie leży, czekając na mamę. Więc wszystkim powtarzam: zanim w takiej sytuacji cokolwiek zrobisz, zadzwoń do Leśnego Pogotowia przy Nadleśnictwie Katowice. Lepiej, żeby to zwierzę zostało wychowane przez własną mamę. Ona zrobi to bez porównania lepiej niż my w Leśnym Pogotowiu – podkreśla J. Wąsiński. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół