• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Co roku silniejsza

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 27/2014

    dodane 03.07.2014 00:00

    Najstarsza pątniczka PR. Nawet młodzi czasem pękają na trasie do Częstochowy, która ma 115 km. Ale nie ona, 81-letnia Zyta Gawełczyk. W zeszłym roku szła w Pielgrzymce Rybnickiej już 22. raz pod rząd.

    To dobry, przedwojenny rocznik. Zyta urodziła się w Rybniku w 1933 roku. Pielgrzymką Rybnicką, której jest najstarszą uczestniczką, zachwyciła się dosyć późno. – Gdy przeszłam na emeryturę, postanowiłam, że pójdę na Jasną Górę, dopóki nogi będą mnie miały siłę nieść. No i już 22 razy mnie nosiły – śmieje się pani Zyta, mieszkanka bloku na rybnickich Nowinach.

    Knif z mąką ziemniaczaną

    Na pielgrzymce można jakiś etap podjechać, to żaden wstyd. Jak to jednak możliwe, że kobieta w takim wieku dzielnie maszeruje, podczas gdy młodsi od niej korzystają z podwózki? Przecież tu nie chodzi tylko o siłę, ale też o odciski tworzące się czasem na nogach. – Jakie odciski? W tej sprawie już kilka osób na pielgrzymce przeszkoliłam. Mówię: „Umyjcie se stopy i weźcie obsypcie je mąką ziemniaczaną, wszędzie – i między palcami. Potem włóżcie skarpety”. Ale to musi być wełna! Naturalna skarpeta bez żadnych sztuczności! Do tego sprawdzone buty i żaden odcisk się nie zrobi – zapewnia. – Ale skąd pomysł z mąką ziemniaczaną? – dopytujemy. – Od mojej mamy! Co roku zabieram mąkę na pielgrzymkę, o, w tym – pani Zyta pokazuje przyniesioną z kuchni solniczkę.

    Fotografie jej mamy Ewy oraz taty Franciszka Gołąbka, powstańca śląskiego, wiszą na ścianie. Pielgrzym adoptowany Coroczne pielgrzymowanie pani Zyty z Rybnika do Częstochowy ma jednak źródło w odległym od Śląska miejscu – w Lourdes. Pojechała tam w 1990 r., podłamana problemami życiowymi. Jednym z nich była sprawa emerytury, na którą musiała wtedy przejść, bo jej firma – PSS „Społem” – wpadła w kryzys. Ponieważ akurat obniżono w Polsce współczynnik emerytalny, okazało się, że po 34 latach pracy w biurze organizacyjno-prawnym i jako sekretarki przysługuje jej tylko 480 zł. Śp. ks. Henryk Jośko, ówczesny proboszcz z os. Nowiny w Rybniku, ogłosił wtedy zapisy na pielgrzymkę do Lourdes.

    – Poszłam do mojej firmy i wzięłam nieoprocentowaną pożyczkę mieszkaniową. Pojechałam. W Lourdes bardzo przeżyłam Drogę Krzyżową, procesję ze światłami... – pani Zyta na chwilę urywa. Teraz mówi z wyraźnym wzruszeniem o swojej modlitwie w miejscu objawień Maryi. – Tam zostawiłam wszystko. I przyszła mi myśl: „Nic nie weźmiesz, a to, co masz, to ci wystarczy” – wspomina. Tego, że ta dziwna, intensywna myśl niesie rzeczywistą treść, doświadczyła jeszcze na tej pielgrzymce. Jej koleżanki szły na obiad, a ona, z braku pieniędzy, kupowała tylko kilogram winogron. Wcale jednak tego obiadu jej nie brakowało. A później wróciła do Rybnika. – Zawsze pieniędzy w domu było mało. A jednak pożyczkę spłaciłam, jakoś raz dwa to poszło – mówi. Podejrzewa, że gdyby nie tamta pielgrzymka, pewnie już nie byłoby jej na świecie. Wróciła z miejsca objawień Maryi podbudowana, z nowymi siłami do życia. I wkrótce pojawiło się w niej kolejne pragnienie – żeby pójść z pieszą pielgrzymką na Jasną Górę.

    – Pierwsza wędrówka to było dla mnie coś strasznego, bo w tamtych latach im bliżej Częstochowy, tym było trudniej o nocleg. Ostatniej nocy była już godz. 20.30, a ja jeszcze nie miałam gdzie spać. Mówiłam gospodarzom, że zapłacę, byle mi dali jakiś kąt. Po powrocie moja sąsiadka Hania pytała: „To już drugi raz nie pójdziesz?”. A tymczasem tydzień przed następną pielgrzymką już miałam przygotowane torby – śmieje się. – Jak szłam po raz trzeci, już miałam stałe noclegi. Z gospodarzami dzwonimy do siebie, oni z noclegiem czekają. To już są moi przyjaciele. W Gliwicach pani Joanna Błaszczyk, która nas przyjmowała, już zmarła, ale nas adoptowała jej córka, pani Ewa Bless. W Tarnowskich Górach nasza gospodyni też już nie żyje, ale został jej mąż Jan, który ponownie się ożenił i zaś nas przyjmuje. No i w Psarach przed Częstochową gości mnie pani Elżbieta Golasz, wdowa. Nie tylko mnie, bo nocuje u niej aż 25–27 osób – mówi. Pielgrzymi często pamiętają w modlitwie o osobach, które ich gościły. – Ja na Jasnej Górze daję na „zalecki” za zmarłych z rodzin, które nas przyjmują. Zostawiamy też pieniądze na Mszę św. za zmarłych małżonków naszych gospodarzy, choć oni wcale tego nie sugerują, przyjmują nas bezinteresownie, z dobroci serca – podkreśla pani Zyta.

    Uwolniona od problemów

    Najstarszą uczestniczkę Pielgrzymki Rybnickiej można spotkać w grupie 2A, najczęściej w jej ulubionym miejscu – na skraju drugiego rzędu od strony chodnika. Lepiej jednak nie zagadywać jej w marszu, bo niezbyt to lubi... Owszem, chętnie sobie pogada, ale na postojach. Dlatego woli chodzić z przodu, bo z tyłu bywa dla niej za głośno. A to już utrudnienie w modlitwie i w śpiewie, na których bardzo jej zależy. W czasie 22 pielgrzymek tylko raz przeżyła taki kryzys, że musiała skorzystać z podwiezienia. W zeszłym roku w Gliwicach, na ostatnim odcinku między dworcem kolejowym a kościołem, przy którym nocowali, wsiadła do taksówki.

    – I wie pan, że mi to przeszło? Zaszłam potem aż do Częstochowy. Myślę, że ten kryzys miałam raczej z nerwów, bo myślałam, co w domu. Opiekę nad moim chorym mężem, córką i pieskiem miał wtedy przejąć mój wnuk, ale miał dotrzeć do Rybnika dopiero wieczorem. Jak już z Gliwic do niego zadzwoniłam i się upewniłam, że jest w porządku, wszystko wróciło do normy – wspomina. Na Jasnej Górze, kiedy dociera do podnóża wałów, spadają z niej wszystkie trudne sprawy, które usiłują przygnieść ją w życiu. – Proszę mi wierzyć, ja co roku jestem silniejsza – mówi.

    Przed 9 laty pani Zyta pochowała swojego 50-letniego syna Mieczysława. Załamana, przemieszczała się wtedy tylko między kościołem, domem i cmentarzem. Gdy raz siedziała przy grobie Mietka, przyszła jej myśl: „Ty jesteś głupia, kup se psa”. – Tak myślę, że mi to syn podpowiedział. Zwłaszcza że on od dziecka nadzwyczaj lubił psy – mówi pani Zyta. W tym roku, w kwietniu, zmarł Henryk, jej mąż. Pani Zyta została w mieszkaniu tylko ze swoją córką Basią, która wymaga opieki, i z małym pieskiem Czarusiem, kupionym przed 9 laty. Jej jedyny, ukochany wnuk Michał, który przejął nad nimi opiekę w czasie zeszłorocznej pielgrzymki, teraz przygotowuje się do obrony doktoratu (pracuje w Instytucie Fizyki Politechniki Wrocławskiej). Babcia uważa, że w tym roku nie powinna go prosić o pomoc. Mimo to ma siły i chęci, żeby 30 lipca znów wyruszyć na Jasną Górę. Na razie jednak nie znalazła kogoś, kto mógłby w tym terminie przejąć jej obowiązki w Rybniku. Chyba czas zdać się na Matkę Bożą. Niech ona wszystko zorganizuje, jeśli w Bożych planach jest ponowny udział pani Zyty w pielgrzymce. Co 81-latka powiedziałaby ludziom, którzy chcieliby pójść pieszo na Jasną Górę, ale obawiają się, czy dadzą radę? – A spróbowałeś? Trzeba spróbować! Nic nie tracisz, a jak nie dasz rady, to wsiądziesz w autobus i wrócisz – mówi.

    69. Pielgrzymka Rybnicka, 31.07–3.08. Koszt: 35 zł wpisowe + 15 zł bagaż. Dzieci i młodzież: 30 zł + 15 zł bagaż. Jeśli idą oboje rodzice, dzieci – gratis. Zapisy do wszystkich grup: Biuro „San Antonio” na III p. DH „Hermes” w Rybniku (pn.– pt. w godz. 9.30–16.30) oraz obie parafie na os. Nowiny w Rybniku. Do swoich grup zapisują także parafie w sąsiednich miastach. Więcej na: pielgrzymka.rybnik.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół