• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Gadające meble

    dodane 13.03.2014 00:00

    Sąsiedzi małego Franka dostali w 1942 roku od niemieckich władz pozwolenie na kupno radia. Chłopiec przykładał szklankę do ściany, za którą mieszkali, i zafascynowany słuchał.

    Ta fascynacja została mu na całe życie. Dziś 83-letni Franciszek Mońka z Orzesza ma na swoim strychu muzeum starych odbiorników radiowych, które pokazuje każdemu, kto się do niego zgłosi. Często przychodzą całe klasy z okolicznych szkół. Pierwsze swoje radio zrobił sam w 1947 roku. Mieszkał wtedy w Wyrach i był uczniem gimnazjum w Mikołowie.

    Potem robił radia dla innych. A po wcieleniu do wojska służył jako radiomechanik w Szkole Orląt w Dęblinie. – Byłem żołnierzem w latach 1951–1954, ale to była wtedy właściwie armia sowiecka, a nie polska. Naszym dowódcą był Rosjanin, pułkownik. A ja należałem do bardzo nielicznych w tym komunistycznym, zsowietyzowanym wojsku, którzy w samolocie, przez hełmofon, słuchali Głosu Ameryki – śmieje się dzisiaj. Na wyposażeniu Szkoły Orląt były wtedy sowieckie samoloty Ił-2 oraz Ił-10. Po wojsku pracował przez jakiś czas jako technik akustyk w Polskim Radiu Katowice. Był świadkiem, jak w październiku 1956 roku tłum protestujących przeciw władzy Ślązaków próbował wedrzeć się do katowickiej rozgłośni przy Ligonia.

    – Przyszli z pl. Dzierżyńskiego, czyli dzisiejszego pl. Sejmu Śląskiego, stamtąd, gdzie teraz stoi pomnik Korfantego. Było ich może około tysiąca. Krzyczeli: „Rokossowski precz z Polski!” i śpiewali „Boże, coś Polskę”. Akurat skończyłem dyżur, więc stałem przy drzwiach i widziałem, jak zagrodził im drogę ówczesny szef Radia Katowice Mieczysław Kofta. Ludzie żądali dostępu do mikrofonu, ale on – zamiast ich wpuścić do studia – podstawił tylko do ich dyspozycji wóz transmisyjny. Demonstranci myśleli, że to idzie na żywo, ale to nie była prawda... Nagrywało się tylko na taśmy. Za jakiś czas ludzie poszli dalej, a nagrane taśmy wziął UB – wspomina.

    Wkrótce zmienił branżę, przechodząc do energetyki. Miłość do odbiorników radiowych mu jednak została. Dlatego dziś całe poddasze jego domu przy ul. Matejki w Orzeszu jest wypełnione starymi, najczęściej lampowymi odbiornikami. Pan Franciszek pokazuje nam to miejsce. Włącza radio „Musica” firmy Graets z lat 60. XX wieku. – Chwileczkę... Lampy muszą się nagrzać... Pół minuty, minuta i dopiero zacznie grać – wyjaśnia. Po chwili ze starych głośników płynie współczesna muzyka. – Tam też jest Graets, z 1938 roku. A oto jeden z dwóch najdroższych odbiorników, jakie można było kupić w PRL, czyli enerdowskie „Stradivari”. Ma 6 głośników. Dostałem je za darmo od mieszkańca Rybnika. Kto mógł sobie pół wieku temu kupić takie radio? Dyrektor kopalni, prezesi wielkich zakładów. To jest też spory mebel! – pokazuje. Obok stoi równie duże radio „Berolina”, które należało do dyrektora technicznego kopalni „Jowisz” w Wojkowicach.

    Wiele odbiorników z jego kolekcji zostało wyprodukowanych w komunistycznych Niemczech Wschodnich. – Enerdowcy wyprzedzali Polskę w produkcji odbiorników radiowych o jakieś 20 lat – ocenia. Uważa, że polski przemysł ucierpiał w czasie wojny i przejścia Armii Czerwonej w większym stopniu niż niemiecki. W kolekcji ma jednak też i polskie radia. – Polskie kryształkowe radia, produkowane przed wojną w Warszawie i w Wilnie, to dzisiaj ogromna rzadkość. Najpierw Niemcy kazali je oddawać. Przechowywanie radia bez zezwolenia władz niemieckich wiązało się z sankcjami, z wywiezieniem do Auschwitz włącznie – mówi. – A po wojnie Sowieci kradli każde radio, które znaleźli. Mój szef, który pochodził z Katowic-Szopienic, wspominał, że niedaleko jego domu leżała cała hałda tych zrabowanych odbiorników, czekająca na transport do ZSRR.

    Zgromadził jednak wiele polskich odbiorników powojennych. To m.in. „Karioka”, „Aga”, „Pionier” z lat 50. XX wieku, który kupiła jego żona na talon otrzymany w pracy. Jest też sporo starych magnetofonów szpulowych (na chodzie). Kolekcję uzupełniają oryginalne słuchawki radiotelegrafisty Wehrmachtu i woltoamperomierz, który był z polskimi żołnierzami na Monte Cassino. Podarował go Franciszkowi Piotr Kubacki, który był telefonistą w Armii Andersa, a po wojnie technikiem w Polskim Radiu Katowice.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół