• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Błogosławiona wina Zachodu

    Marta Sudnik-Paluch

    |

    Gość Katowicki 46/2012

    dodane 15.11.2012 00:00

    Dzień Muzyki Liturgicznej. Praca czy służba? Na umowę czy „za Bóg zapłać”? Pytamy o codzienność organistów.


    Kto jest największym bezbożnikiem w kościele? Organista – odpowiadają z rozbawieniem sami zainteresowani. – To taki żart, który dobrze oddaje niebezpieczeństwo, na jakie narażony jest organista. Łatwo popaść w rutynę, bo tak naprawdę w kościele spędzamy więcej czasu niż księża – mówi Kazimierz Salik, który od 2009 roku jest drugim organistą w katowickim kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.

    Jest także studentem kierunku muzyka kościelna w Akademii Muzycznej w Katowicach.


    Nie boję się, gdy ciemno jest


    – Po raz pierwszy organami zainteresowałem się w wieku ok. 3 lat. To takie moje pierwsze świadome wspomnienie. Byłem z wujostwem na Mszy św. w Brochowie. Kazanie głosił starszy ksiądz i nie rozumiałem, co mówi. Dlatego postanowiłem liczyć piszczałki w organach – śmieje się Kazimierz.
Zaczęło się od liczenia, a skończyło na profesjonalnej grze. Choć, jak podkreśla, jest „muzycznym wyrzutkiem” w rodzinie – tylko on uczył się w szkole muzycznej. Zanim
jednak po raz pierwszy zasiadł na organi-
stowskiej ławeczce, by grać do Mszy św., uczył się m.in. gry na klarnecie. – Zawsze czułem, że chciałbym grać na organach. Podczas przygotowań przed przyjęciem Wcze-
snej Komunii Świętej po raz pierwszy zobaczyłem organy z bliska. Miałem wtedy próbę śpiewu z organistą. Pamiętam, że pozwolił mi coś zagrać, więc wykonałem piosenkę Arki Noego „Nie boję się, gdy ciemno jest”. Nie wiem, czy grałem dobrze, ale bardzo mi się podobał dźwięk instrumentu – wspomina Kazimierz.
Jednak dopiero w II klasie gimnazjum udało mu się osiągnąć cel – został uczniem klasy organów. – To dało mi techniczne pojęcie o grze. Dowiedziałem się na przykład, jak dobrze siedzieć przy instrumencie. O takich szczegółach często się nie myśli, bo doświadczony organista robi to odruchowo – tłumaczy.


    Zawód czy posługa?


    W 2009 r. Kazimierz po raz pierwszy grał do liturgii. – Byłem na rekolekcjach z młodzieżą z parafii Mariackiej. To było w kaplicy seminaryjnej w Białymstoku. Grałem tylko części stałe – precyzuje.
Do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny trafił tylko na chwilę, tak mu się przynajmniej zdawało. Organista szukał wakacyjnego zastępstwa. Później padła propozycja stałej współpracy. – To nie jest lekkie zajęcie. Myślę, że trudno nawet tu mówić o zawodzie, to raczej służba wspólnocie – uważa Kazimierz.
Te wątpliwości podziela prof. Julian Gembalski, archidiecezjalny wizytator organów i organistów. – Jestem zdania, że aby być dobrym organistą, należy najpierw posiąść pewne umiejętności czysto zawodowe. Dopiero te umiejętności można realizować w służbie Kościołowi – przekonuje.
Jednocześnie dodaje, że ma świadomość postawy wielu proboszczów, którzy uważają, że na organach może zagrać każdy. – Wtedy pytam: „Stara się ksiądz o wnętrze, złoci wyposażenie, sam się przygotowuje do kazania i pozwala, żeby oprawę liturgii, która ma być centrum jednoczącym wspólnotę, przygotował byle kto?”. Na szczęście podejście w tej kwestii zaczyna się zmieniać i organiści odzyskują swój prestiż.
Lekceważenie posługi organisty jest pokłosiem walki komunizmu z Kościołem. Jednym z jej elementów było zamykanie klas organów w szkołach muzycznych, by „nie kształcić klechom grajków”. Niestety, efektem jest brak ciągłości kształcenia, przypadkowe osoby, które zasiadały, by grać do Mszy św., albo rezygnacja z organistów w ogóle.
– Jako wizytator byłem w parafiach, gdzie ogranista grał tylko w niedziele. Proboszcz stał na stanowisku, że parafianie lepiej wtedy śpiewają i akompaniament im niepotrzebny. Pojawiały się też argumenty, że Msze św. w ciągu tygodnia są „mniej ważne“, bo uczestniczy w nich niewielka grupa osob – wspomina najbardziej zaskakujące sytuacje prof. Gembalski.


    Pobudzanie strumienia


    Innym problemem jest brak wiedzy o tym instrumencie. Efektem są np. organy elektroniczne, kupowane do nowo wybudowanych kościołów. – To jest dźwięk syntezowany z organowego, który zniekształcają dodatkowo głośniki. On nigdy nie będzie taki, jak z instrumentu piszczałkowego, na którym gra wymaga pobudzenia ogromnego strumienia powietrza – wyjaśnia prof. Gembalski. – Tymczasem w naszej archidiecezji mamy już 25 instrumentów kupionych w Europie Zachodniej za kwoty porównywalne do tych, jakie proboszczowie przeznaczają na elektroniczne atrapy. Ja to nazywam „błogosławioną winą Zachodu” – zamykają tam kościoły i dzięki temu my możemy odkupić instrumenty piszczałkowe w naprawdę dobrym stanie.
Nie oznacza to, że w archidiecezji nie mamy organów, którymi można by się pochwalić.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół