• facebook
  • twitter
  • YouTube
  • rss
  • Jak im pisać, że żyję?

    Przemysław Kucharczak

    |

    Gość Katowicki 28/2012

    dodane 12.07.2012 00:00

    Historia bohatera. Mało czyim imieniem już za życia są nazywane różne obiekty. Lech Wałęsa ma lotnisko w Gdańsku. A Antoni Tomiczek z Pstrążnej pod Rybnikiem – Gimnazjum w Lyskach.

    Ma 97 lat. Jest jednym z dwóch żyjących pilotów, którzy w 1944 r. latali z pomocą dla powstania warszawskiego. 2 lipca Antoni Tomiczek odebrał w Katowicach złotą odznakę honorową „Za wybitne zasługi dla województwa śląskiego”.

    To niezwykła postać. Właśnie on siedział też za sterami ostatniego bombowca Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, który pojawił się na polskim niebie w nocy z 28 na 29 grudnia 1944 roku ze zrzutem dla partyzantów pod Turbaczem w Gorcach. Po wojnie wrócił z Anglii do rodzinnej Pstrążnej dla swojej narzeczonej, ciemnowłosej Emilii.

    Drewniany samolocik

    Jak jednak ten synek spod Rybnika, ministrant w parafii św. Mikołaja w Pstrążnej, trafił do lotnictwa? Otóż, jako 15-latek poszedł do szkoły wojskowej w Koninie. Przyjmowali tylko synów rodzin zasłużonych dla ojczyzny, a takim właśnie był ojciec Antoniego – powstaniec śląski. W 1936 r. Antek zgłosił się do lotnictwa. Został pilotem myśliwskim, a potem instruktorem.

    Wybuch wojny zastał go wraz z uczniami na lotnisku w Moderówce między Krosnem a Jasłem. – 1 września o 6 rano składam raport dowódcy, a tu naraz na niskim pułapie nadlatuje 9 niemieckich bombowców Heinkel He-111. Ale się Szwaby pomyliły, ku naszemu szczęściu: nadlecieli ze złej strony. Więc polecieli dalej i zbombardowali Krosno i dopiero tam zawrócili do nas. Ale myśmy już zdążyli dobiec do okopów. Niemcy lecieli bardzo nisko, 30–50 metrów nad ziemią. Wpakowałem w jednego całą serię z mojego karabinu maszynowego Browning, moi uczniowie też do nich rąbali. Ktoś z nas trafił, bo zaraz za naszym okopem jeden z bombowców skręcił w prawo i się rozbił, a jego 3-osobowa załoga zginęła. Niestety, oni też trafili bombą w nasz okop. Słyszę z prawej krzyk ucznia: „Jezus, Maria! Jezus, Maria!”. Stał wczepiony palcami w okop, a w plecach miał dziurę, przez którą zobaczyłem jego pulsujące serce. Uderzyło jeszcze tylko ze trzy razy... Z prawej leżało dwóch innych uczniów, całkiem rozszarpanych... Poszedłem po moje rzeczy, a gospodyni, u której mieszkałem, woła: „Panie Tośku, pan jest ranny!”. Ale ja nie byłem ranny, dostałem tylko gliną i kawałkami ciał moich kolegów. Na moim kombinezonie była ich krew – mówi. Zginęło tam pięciu jego kolegów.

    Przez cały wrzesień 1939 roku Antoni był ogarnięty rozpaczą. Jego zadania sprowadzały się do przeprowadzania nieuzbrojonych samolotów szkolnych na kolejne lotniska, coraz dalej na wschód i południowy wschód. Już 1 września nad Tarnobrzegiem niemiecki myśliwiec podziurawił z karabinu jego szkolny, kryty płótnem samolocik. Sam Antoni cudem nie został nawet draśnięty. 17 września do niewoli wzięli go jednak Sowieci. Przeżył, bo w obozie udawał szeregowca i „niegramotnego” (czyli analfabetę). Pracował m.in. w kamieniołomie na terenie dawnej II Rzeczypospolitej. Tam jakoś dawało się przeżyć. Straszna była za to trwająca miesiąc ewakuacja jeńców na wschód, gdy Sowietów zaatakowali Niemcy. Enkawudziści rozstrzeliwali tych, którzy szli zbyt wolno. Potem wtłoczyli ich po 80 do każdego wagonu. A kiedy umierający z głodu Polacy zaczęli krzyczeć: „Kuszać!”, strażnicy poczęstowali ich długą serią z karabinu maszynowego po wagonach. Było wielu zabitych. Ich ciała zostały zrzucone z nasypu.

    Wreszcie Antoni wstąpił do tworzącej się w ZSRR Armii Andersa i jako lotnik został przerzucony do Anglii. Zapytano go, czy chce latać na myśliwcach czy bombowcach. – Wybrałem bombowce, bo chciałem Niemcom spłacić dług za to, że przed tymi pieronami musiałem uciekać – wspomina.

    Jasny gwint, przestrzeliny!

    Nad Warszawę latał z południowych Włoch 4-silnikowym bombowcem Halifax. – Miał rozpiętość skrzydeł aż 31 metrów. Już od Kielc widzieliśmy łunę nad Warszawą. Po drodze nas gnębiły niemieckie myśliwce nocne i artyleria przeciwlotnicza. Choć tej ostatniej tak bardzo się nie baliśmy, za wyjątkiem działek szybkostrzelnych. A to dlatego, że my, Polacy, lataliśmy bardzo nisko, na pułapie 200–300 metrów. A gdzie nie było lasów, to jeszcze niżej. Inaczej niż Anglicy – ci latali na najwyższych pułapach – wspomina. – Niemcy to wiedzieli i przed Warszawą przeczesywali niebo białymi reflektorami bardzo wysoko, na Anglików, i niebieskimi tuż nad ziemią, na nas. Więc w czasie pierwszego lotu, w nocy z 22 na 23 sierpnia, mój bombardier woła: „Tosiek, wleć w tę lukę”. Ja na to: „Też to widzę!”.

    Fortel się nie udał, bo Niemcy jednak ich zauważyli i ostrzelali z działka szybkostrzelnego. Antoni spróbował uniku. – Położyłem samolot o 90 stopni. Stracił szybkość i runął w dół. Dałem pełny gaz, ale to nic nie dało, ciągle spadaliśmy. Dopiero nad samą ziemią stery znów zaczęły działać i wyrwałem do góry. Zamroczyło mnie. Jak się spamiętałem, już byłem na tysiącu metrach – mówi. Wołam do załogi, a tu – oprócz strzelców – nikt nie odpowiada, wszyscy leżą na podłodze. Nie byli zapięci pasami, więc kiedy robiłem ten unik, pospadali z krzeseł i łby porozbijali... – wspomina.

    Przelecieli na prawą stronę Wisły, obsadzoną przez wojska sowieckie. Ale tam Sowieci też do nich strzelali. Wreszcie dotarli nad Warszawę.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół