Nowy numer 21/2022 Archiwum

Chory daje lekcję

Młoda pielęgniarka weszła do pokoju, w którym od 20 lat spędzał życie sparaliżowany mężczyzna. Chory umiał tylko odrobinę ruszać jedną ręką; druga ręka i obie nogi pozostawały całkiem bezwładne.

Ten człowiek został sparaliżowany w wyniku wypadku. Za pomocą ręki, w której zachował resztkę sprawności, umiał trochę przesuwać się na łóżku. – Przez te wszystkie lata opiekowała się nim żona, myła go i karmiła. Jednak co innego zrobiło na mnie wrażenie: to, jacy ci ludzie byli – wspomina pielęgniarka Katarzyna Indeka.

Mów mi na ty

To było na początku jej pracy w jednym ze śląskich hospicjów domowych. – Poszłam tam na zastępstwo za koleżankę, żeby pomóc temu panu w kąpieli, bo jego żona nie była już w stanie opiekować się nim tak sprawnie, jak kiedyś – mówi. – Pacjent przedstawił się: „Rysiek jestem”, a kiedy chciałam mu dalej mówić „pan”, zaznaczył: „Proszę mi mówić na »ty«, bo się obrażę”. Urzekł mnie swoją pogodą ducha i otwartością. A przecież uległ wypadkowi jako dość młody człowiek, pewnie świat mu się wtedy zawalił. Mimo to zachował swoje zainteresowania i był bardzo radosny – dodaje.

Wkrótce okazało się, że żona pana Ryśka jest poważnie chora na nowotwór. Kiedy zmarła, Rysiek bardzo za nią tęsknił. Odszedł niedługo po żonie.

– Oni oboje dali mi niesamowitą lekcję pokory, pogody ducha i uśmiechu. Gdy wyszłam stamtąd, wcale nie czułam przytłoczenia, nie myślałam: „Boże, jakie oni mają ciężkie życie!”. Ci państwo tę sytuację, w której się znaleźli, przyjęli i zaakceptowali. To dało mi wielką lekcję, że niezależnie od tego, jakie tragedie nas spotykają, ważne jest, żeby do tego odpowiednio podejść, zaakceptować i po prostu żyć – mówi.

Pielęgniarkę uderzyło, że ci chorzy małżonkowie byli wdzięczni za to, co mieli, nawet za najbardziej drobne sprawy. – Pan Rysiek był wdzięczny za to, że przeżył wypadek. I za to, że nie jest całkiem sparaliżowany, że w jakimś stopniu jednak może się poruszać. I za opiekę swojej żony. Choć byłam tam tylko godzinę, nauczyłam się od niego, żeby być wdzięcznym za to, co się ma – mówi.

Mąż żegna ukochaną

Tę historię Katarzyna Indeka, pielęgniarka od siedmiu lat, opowiedziała nam, gdy zapytaliśmy, czy chorzy mogą czegoś nauczyć zdrowych. Choć w hospicjum nie pracuje długo, już dostała od swoich pacjentów kilka znakomitych lekcji.

Uważa, że wiele życiowej mądrości można zaczerpnąć także od ludzi, którzy opiekują się swoimi bliskimi chorymi. To nawet nie zawsze są krewni. Ma pacjenta, który serdecznie zaprzyjaźnił się ze swoim sąsiadem. Od kiedy zachorował, ten sąsiad przynosi mu obiady, robi zakupy i nosi mu węgiel. Kupił mu nawet na gwiazdkę wielki telewizor, żeby chory miał jakąś rozrywkę.

Nieraz widziała ujawniającą się w ostatnich chwilach życia potęgę miłości. Pamięta kobietę, która wchodziła w agonię, nie było już z nią kontaktu. Pielęgniarka poinstruowała rodzinę, że zostało im ostatnich kilka godzin. – Powiedziałam, żeby mówili do umierającej i traktowali ją tak, jak gdyby ich słyszała. Nie wiemy, na ile osoby w agonii nas słyszą, ale zakładamy, że słyszą. Zaproponowałam, żeby teraz się pożegnali. Był tam jej mąż. On bardzo kochał swoją żonę, to było widać. Kiedy wychodziłam, zobaczyłam jeszcze, że przytulił się do jej ręki i coś mówił – wspomina.

To przewaga hospicjum domowego nad szpitalem, gdzie ludzie nieraz umierają w samotności, bo personel nie jest w stanie przy nich ciągle czuwać.

Zauważyła, że dla wielu ludzi choroba jest pewnego rodzaju łaską, szansą. Miała pacjenta, głęboko wierzącego mężczyznę, który wręcz emanował świętością. Widać było, że jego dzieci i wnuki go kochają, że bardzo chcą z nim być do ostatniej chwili. – Tego pana często odwiedzał z sakramentami współpracujący z hospicjum ksiądz. Był u niego też w dniu śmierci. Mężczyzna zmarł w pierwszą sobotę miesiąca, czyli w dniu maryjnym – wspomina. – Wielu ludzi godzi się w chorobie z Panem Bogiem i szuka u Niego ratunku. Czasami jest też tak, że gdy stan z dnia na dzień się pogarsza, zdajesz sobie sprawę, że śmierć na pewno przyjdzie. Nieraz wiesz nawet, że przyjdzie za parę godzin. To często jest także swego rodzaju ostatnia szansa dla rodziny. Wiesz, że masz okazję się pożegnać, porozmawiać, wybaczyć sobie albo powiedzieć coś, czego nigdy nie powiedziałeś. Takiej szansy nie ma, kiedy ktoś ginie na przykład w wypadku samochodowym. Dzięki pracy w hospicjum patrzę dzisiaj na sytuację moich pacjentów nie tylko jako na tragedię, ale też jako szansę i łaskę – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama