Nowy numer 21/2022 Archiwum

Siostra z gelyndra

W przedszkolu elżbietanek w Szombierkach dyrektorką była młoda i energiczna siostra Felicja. Jej 4-letnia podopieczna Gerda po powrocie do domu oświadczyła: „Wiesz mama, ja będę siostrą Felicją”.

Tego postanowienia Gerda już nie zmieniła, choć na drodze do klasztoru czekały ją przeszkody. W końcu jednak została elżbietanką – chociaż nie Felicją. Nosi zakonne imię Ewarysta. Właśnie świętowała 60-lecie ślubów zakonnych.

– Odkąd jako 4-latka zdecydowałam, że będę siostrą Felicją, często wkładałam długą, ciemną sukienkę mamy, na głowę brałam ręcznik, a potem bardzo dużo śpiewałam i się modliłam. Poprawiałam też mamę, że przy modlitwie ma tak trzymać ręce i mieć taki wyraz twarzy jak siostra Felicja – śmieje się dzisiaj.

Tata zaginął

Siostra Ewarysta Mnochy urodziła się w 1942 roku. Jej tata Paweł, górnik kopalni Szombierki, został wcześniej wcielony do niemieckiego wojska. Nie zdążył jej zobaczyć, bo zaginął pod Leningradem.

– Zanim wysłali go na front wschodni, przysłał do domu paczkę z rękawicami bokserskimi i skórzaną piłką. Napisał, żeby – jeśli nie urodzi się chłopak – mama to spieniężyła – mówi siostra Ewarysta. – Czekałyśmy, aż wróci. Przez lata codziennie wieczorem modliłyśmy się o jego powrót przed obrazem Serca Jezusowego, który dzisiaj mam u siebie w klasztorze. Patrzyłam na zdjęcia, na których tata obejmuje moje starsze siostry. Słuchałam ich opowieści o tym, jak je zabierał na sanki albo na spacery, i strasznie do niego tęskniłam. Czasami byłam aż chora z tej tęsknoty. Nigdy nie wrócił – mówi.

Aby wyżywić i ubrać trzy córki, mama Franciszka pracowała po wojnie na dwóch etatach: w kopalni Szombierki i w cukierni Lwowianka.

Tymczasem Gerda wyrosła na energiczną i żywiołową dziewczynę. Trenowała gimnastykę sportową, tańczyła, występowała w przedstawieniach. Często też odwiedzała siostry elżbietanki i pomagała im.

Jej siostry wyszły za mąż, ona jednak nie chciała iść w ich ślady. Gdy wspomniała, że chce do zakonu, mama ostro się sprzeciwiła. „Wybij se to z głowy!” – rozkazała. „Ty się w ogóle nie nadajesz! Ciebie jest wszędzie pełno, robisz koleżankom fryzury, uprawiosz sport i balet. Jak ty pódziesz do klasztoru, to jo póda do Jehowów!” – zagroziła.

Na jej 18. urodziny na kawę i ciastko przyszły siostry z rodzinami. Gerda powiedziała, że idzie do elżbietanek. Wtedy przestało być miło, bo mama oświadczyła, że póki żyje, nie zgodzi się na to. – Trzy dni ze mną nie rozmawiała, ale potem nawet mnie odwiozła razem ze szwagrem do nowicjatu do Katowic. Płakała przy tym – wspomina siostra Ewarysta.

Z czasem mama zauważyła, że jej najmłodsza córka jest w życiu na swoim miejscu. – Później była bardzo zadowolona, że jestem siostrą zakonną – mówi Ewarysta.

W habicie po poręczy

W nowicjacie przy ul. Warszawskiej w Katowicach Ewaryście wcale nie przeszły szalone i wesołe pomysły. Raz podwinęła habit i zjechała na parter po „gelyndrze”, czyli po poręczy. Wpadła prosto na zdumioną matkę prowincjalną. – Cieszyłam się, że jestem w klasztorze. I nie odmawiałam żadnej pracy – wspomina.

Oprócz zanurzenia w Bogu, przyjaźni z innymi siostrami, radości i śmiechu w nowicjacie czuła się też czasem niesprawiedliwie oceniana. Potraktowała to jako duchową próbę i tamten trudny czas przetrwała. – Pan Jezus daje i krzyż, i radość. Czułam, że to jest moje życie i trzeba to przyjąć – mówi.

Była katechetką w ogromnej parafii św. Jana Chrzciciela w Tychach, w parafii mariackiej w Katowicach i u św. Michała na Brynowie. Błyskawicznie łapała kontakt z dziećmi i fascynująco opowiadała im o Bogu. – W latach 80. XX wieku mieliśmy z nią katechezę popołudniami w wieży kościółka w parku Kościuszki w Katowicach. Raz poszedłem na tor saneczkowy i się spóźniłem. Musiałem 50 razy przepisać: „Nie będę zjeżdżał na sankach przed katechezą” – śmieje się jej dawny uczeń. – Ona nas też wychowywała. Robiła na nas wrażenie jej szczerość: od razu mówiła, co myśli, i sprawa była załatwiona. Umiała mnie mocno zbesztać, ale też bardzo pochwalić. Ja sobie to ceniłem. Była dla mnie taką drugą mamą. Nawet jak się zakochałem, to siostra Ewarysta była pierwszą osobą, której o tym powiedziałem – wspomina.

Zrobiła prawo jazdy, ale teraz już nie jeździ. – I dzięki temu żyję! – śmieje się.

Dzień zaczyna o 4.00 od kawy i Różańca. O 5.50 wychodzi na tramwaj, żeby z Warszawskiej dojechać do parafii św. Michała na Brynowie. Służy tam jako zakrystianka.

W jej dniu przenika się praca i modlitwa. – Nieraz tu w kościele przed mozaiką z Matką Bożą sama śpiewam nieszpory maryjne, dzisiaj zapomniane: „Ucieszyła mnie wieść pożądana/ Pójdziemy do domu naszego Pana”. One są takie piękne, melodyjne! Jak się napełnimy modlitwą w ciągu dnia, to możemy iść rozmawiać z ludźmi – mówi.

Rzeczywiście, wielu doświadczyło, że ta siostra rozmawia z nimi bardzo serdecznie. Na Brynowie co chwilę przystaje i pyta ludzi, jak im idzie, co u dzieci i wnuków. – Ja wielu z nich przecież uczyłam – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama