Nowy numer 26/2022 Archiwum

Pielęgniarki w habitach

Szpital św. Elżbiety przy ul. Warszawskiej świętuje 25. rocznicę swojej reaktywacji. Gdy siostry elżbietanki na początku lat 90. XX w. odzyskały pusty gmach, ponad 40 lat wcześniej zagrabiony przez państwo, toczył się w nim remont. W 1996 r. siostry we współpracy z miastem ponownie uruchomiły tę placówkę.

Gmach był pusty, gdy siostry go odzyskały, bo od 1987 r. trwał w nim generalny remont z powodu szkód górniczych. Prace te były finansowane ze środków miasta, które za dzierżawienie obiektu od sióstr zapłaciło remontem. Dzięki temu 6 września 1996 roku, ćwierć wieku temu, katowicki szpital ruszył ponownie.

Pomoc w epidemii

Elżbietanki pomagają w Katowicach ludziom chorym już od 1870 roku. Kiedy tu przyjechały, między nowymi kamienicami w ścisłym centrum stały jeszcze wiejskie chaty o bielonych wapnem ścianach. Katowice miały wtedy prawa miejskie zaledwie od 5 lat. Gwałtownie zwiększała się liczba mieszkańców. Często jedno mieszkanie zajmowało po kilka rodzin.

W tym ścisku szerzyły się epidemie. Dlatego proboszcz katowickiej parafii mariackiej ks. Wiktor Schmidt zaprosił do miasta elżbietanki. Był na to najwyższy czas, bo – jak się okazało – w latach 1873–1875 na Katowice spadła epidemia cholery, a w 1877 – tyfusu. Siostry leczyły ludzi w ich domach. Wkrótce też przygotowały w swoim domu zakonnym kilka pokoi do pielęgnacji chorych, głównie kobiet, bo jedyny szpital w okolicy – w Bogucicach – był szpitalem dla mężczyzn.

Wreszcie siostry postanowiły zbudować Szpital św. Elżbiety. Piękny, neogotycki gmach na 108 łóżek został poświęcony 124 lata temu. W 1937 r. pracowało w nim aż 50 sióstr elżbietanek, a 1967 r. było ich 34.

Choć komunistyczne władze w 1949 r. przejęły szpital, siostry nigdy nie zostały wyrzucone z pracy. Katowickie elżbietanki nie zostały też wysiedlone w 1954 r. do obozów pracy w ramach akcji X-2. Mówią, że zawdzięczają to ówczesnemu dyrektorowi prof. Karolczakowi. – Kiedy żądano od niego zwolnienia sióstr, zawsze odpowiadał, że jeżeli władze przyślą mu tyle samo pielęgniarek, ile u niego pracuje sióstr, to mogą sobie siostry zabrać – opowiada s. Hieronima, siostra prowincjalna.

Dzięki temu siostry zostały. – Władze nigdy nie miały tak dużej liczby pielęgniarek, więc po tej odpowiedzi dyrektora o sprawie na jakiś czas zapominano... A jak w końcu prof. Karolczaka kolejny raz wzywano, to on znowu odpowiadał tak samo – śmieje się s. Lucjana.

Spowiedź po 35 latach

87-letnia Lucjana jak mało kto zna każdy kąt w tym szpitalu. Pracowała w nim od 1951 r., kiedy trafiła tu z nakazem pracy jako 17-latka. Mieszkała wtedy w Mysłowicach. Dopiero kilka lat później wstąpiła do elżbietanek. Przez całe życie była pielęgniarką. – Kochałam ten zawód. Nawet urlop mi się dłużył. Gdy inne pielęgniarki już piły kawę, jeszcze szłam umyć komuś głowę i w ten sposób usłużyć. Mówili mi: „Usiądź i szanuj nogi”. Teraz to sobie przypominam, jak mnie bolą – śmieje się.

Po pracy elżbietanki nieraz pomagały jeszcze ludziom na mieście. – Jedna z kobiet, którą odwiedzałam, powiedziała kiedyś córce, że ma po mnie iść. Córka jej tłumaczyła, że siostra była przecież tam dzisiaj. Matka jednak się uparła. Gdy przyszłam i zaczęłam się nad nią modlić, ona... zmarła. Czekała na mnie – wspomina s. Lucjana.

W szpitalu siostry nie tylko niosły zwykłą pomoc, ale wielu osobom towarzyszyły także w umieraniu. Niejednego też zachęciły do powrotu do Pana Boga. Lucjana zapamiętała, jak kiedyś przekonała leżącego na szpitalnej sali profesora, żeby przystąpił do spowiedzi po 35 latach przerwy. Kiedy powiedział „tak”, od razu poleciała po kapelana, choć był już wieczór. Usłyszała później, jak profesor namawia innego pacjenta: „Idź do spowiedzi, a poproś o tego starszego księdza”.

Kiedy w 1996 r. elżbietanki otworzyły tutaj na nowo Szpital św. Elżbiety, 12 z nich podjęło w nim pracę w charakterze pielęgniarek. Były urodzone w latach 30. XX w., ale pracowały tu wciąż nawet na emeryturze, dopóki miały siły. – Kiedy już nie mogły pracować, wiele czasu spędzały w oknie, patrząc na szpital – wspomina s. Hieronima. – Teraz ofiarowują modlitwę i cierpienie w intencji szpitala i naszego domu. Wiele z nich już odchodzi; w zeszłym roku zmarło aż 9, nie tylko z powodu COVID-19, ale też z powodu innych chorób i zaawansowanego wieku – dodaje.

Starsze odchodzą, a nie ma nowych powołań. Z tego powodu dzisiaj w szpitalu nie pracuje już żadna elżbietanka. Od 4 lat placówkę dzierżawi od sióstr zewnętrzny podmiot.

Wspólnota katowickich elżbietanek liczy dzisiaj 36 sióstr. Aktywnie działają na rzecz katowickich bezdomnych. Mają dla nich przygotowaną stołówkę. Nawet starsze siostry włączają się w przygotowywanie kanapek dla ubogich.

Choć już nie pracują w szpitalu, nadal czuwają nad nim duchowo, modląc się za jego pacjentów. – Co miesiąc mamy też Mszę św. w intencji szpitala przez wstawiennictwo św. Elżbiety i św. Józefa – mówi s. Hieronima.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama