Nowy numer 21/2022 Archiwum

W inkubatorze samotności

W szpitalnej kaplicy rozlegają się śpiew i płacz. Przed Najświętszym Sakramentem mamy wcześniaków szukają nadziei wśród trosk o swoje dzieci i w przejmującej izolacji.

Edyta pochodzi z Tarnowskich Gór, jest nauczycielką w przedszkolu. Z mężem Rafałem pobrali się w październiku 2019 roku. Chcieli zdążyć z przeprowadzką do nowego domu przed porodem, planowali wszystkim zająć się razem. Ich zamiary zweryfikowały jednak wyniki rutynowych badań na początku trzeciego trymestru ciąży. Jeszcze w styczniu wydawało się, że wszystko jest w porządku, choć Alicja była zauważalnie mniejsza, niż powinna. Ale już w lutym okazało się, że to wina zatrzymujących się przepływów w pępowinie.

Przerwy w dostarczaniu dziecku pożywienia i składników potrzebnych do rozwoju były coraz częstsze, aż proces całkowicie ustał, a nawet odwrócił się – to organizm matki zaczął pobierać wartości odżywcze przeznaczone dla płodu. Do szpitala w Rudzie Śląskiej, który jest przygotowany do przyjmowania skrajnie przedwczesnych porodów, Edyta trafiła jednego dnia po południu, a już kolejnego dnia rano dowiedziała się, że konieczne jest wcześniejsze rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie. – Nie mogłam pojąć, dlaczego dziecku na tym etapie ciąży może być lepiej na zewnątrz niż w brzuchu – wspomina.

850 gramów życia

Ala urodziła się 12 lutego w 30. tygodniu ciąży, 2,5 miesiąca przed planowanym terminem porodu. Ważyła nikłe 850 gramów i mierzyła zaledwie 36 cm. Mieściła się w kobiecej dłoni. Od tamtej pory mama nieustannie przebywa z nią w szpitalu, bo placówka daje możliwość towarzyszenia wcześniakom przez cały okres hospitalizacji. Jednak pandemia odcięła pacjentki od możliwości widywania się z bliskimi.

– Nie tylko nie mogłam przytulić się do własnego dziecka zaraz po porodzie, ale nie mogłam też przytulić się do męża, porozmawiać z nim i przeżywać tego wszystkiego razem. Wszystkie mamy ogarnia tu wielka samotność, która ciągnie się tygodniami. Mąż wcale nie ma łatwiej, bo zajmuje się nie tylko pracą zawodową, ale też wykańczaniem domu i przeprowadzką, a dodatkowo zamartwia się naszym stanem. Córkę zobaczył po raz pierwszy dopiero sześć tygodni po porodzie. Warunkiem odwiedzin było zaszczepienie się – tłumaczy Edyta.

Duch Święty na oddziale

Ukojenie w izolacji i troskach o swoją pociechę znalazła w szpitalnej kaplicy, która znajduje się na przemierzanej wiele razy dziennie trasie między jej salą i pokojem laktacyjnym a miejscem, gdzie w inkubatorze przebywa Ala. Edyta twierdzi, że z Panem Bogiem najlepiej komunikuje się poprzez śpiew. Poprosiła szpitalnego kapelana o możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu dla siebie i innych kobiet, a sama zajęła się oprawą muzyczną.

– Na początku myślałam bardziej o sobie, ale kiedy zobaczyłam, jak inne mamy wychodzą z OIOM-u czy sal swoich dzieci i płaczą na korytarzu, to stwierdziłam, że im też może to pomóc. Żyjemy w takich czasach, że trudno pytać obce osoby o ich stosunek do religii w taki sposób, żeby nie przyjęły tego jako narzucanie się. Przełamałam się jednak. Duch Święty zadziałał i dużo dziewczyn z oddziału było chętnych, żeby uczestniczyć w takim nabożeństwie. Wspólne przeżywanie tego jednoczy i daje siłę do walki – opowiada. W czwartki po wieczornej Eucharystii kapłan wystawia Najświętszy Sakrament i prowadzi modlitwę, a później wszystko dzieje się dość spontanicznie – mamy dzielą się tym, co czują, często pojawiają się łzy.

– Cieszę się, że kobiety same wyszły z taką inicjatywą. Obecnie w szpitalach – i wśród pacjentów, i personelu – są olbrzymie emocje, zmęczenie, niepewność jutra. Każdy sposób na to, żeby otworzyć się przed Panem Bogiem, jest bardzo potrzebny. Słuchanie, jak modlą się mamy wcześniaków, to dla mnie niesamowita lekcja. Jeżeli kobieta, matka, modli się za swojego męża, żeby stał się ojcem, choć jeszcze nie widział ani nie miał na rękach swojego dziecka, jest to mocne – podkreśla ks. Tomasz Koryciorz, kapelan kaplicy Matki Bożej Uzdrowienie Chorych w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej.

Trudne i piękne początki

Jak przyznaje Edyta, gdyby była taka możliwość, zaprosiłaby do spędzenia choćby kilku dni na oddziale osoby, które ostatnio tak głośno i dosadnie opowiadały się na ulicach za odbieraniem życia. – Chciałabym, żeby zobaczyły, jak to jest dawać życie, a potem je pielęgnować i liczyć każdą godzinę, czasem każdą minutę. Akurat ja urodziłam dziecko w siódmym miesiącu ciąży, ale są przypadki, że kobiety rodzą dużo wcześniej i przecież tam też pojawia się prawdziwy człowiek, który jest taki sam jak my, tylko malutki, i potrzebuje naszego wsparcia. Tak wyglądają początki życia – są trudne, ale piękne – przekonuje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama